mapa serwisu
kontakt - z pierwszej piłki



sonda
Czy kibicom uda się zebrać 100 tysięcy podpisów pod projektem obywatelskiej ustawy?

Tak
Nie

« Przejdź do działu 'Wywiady'


Data dodania: 2011-03-31 13:18:28

Imprezowy sport oraz co łączy Kmicica z Borucem czyli pierwsza część wywiadu z Proceentem


Imprezowy sport oraz co łączy Kmicica z Borucem czyli pierwsza część wywiadu z Proceentem.

Proceent podczas koncertu
Fot.: www.hip-hop.pl

 

Proceente to jeden z najbardziej charakterystycznych wokali w polskim rapie, bezsprzeczna czołówka polskich freestyle’owców, a także wielki fan piłki. Trwający tyle co piłkarski mecz, dziewięćdziesięciominutowy wywiad został przez nas podzielony na kilka odcinków. Pierwszy z nich to przede wszystkim odpowiedź na pytanie – co właściwie łączy rap z futbolem, a także wspomnienia związane z początkami fascynacji tym sportem u Procenta.

 

„Dlatego jak jest minus dziesięć gram w piłkę na Camp Nou”

Proceente – Niczego nie żałuję

 

Jakub Olkiewicz: W obiegowej opinii rap i piłka nie mają ze sobą zbyt wielu stycznych, zdecydowanie popularniejszy jest pogląd, iż sportem raperów jest koszykówka. W praktyce jest chyba inaczej?

Michał „Proceente” Kosiorowski: Faktycznie rap i futbol na pozór są od siebie odległe, ale to przede wszystkim dlatego, że hip-hop przywędrował do Polski ze Stanów Zjednoczonych. Tam piłka nożna, czyli soccer nie cieszy się taką popularnością jak w Europie. Wystarczy jednak spojrzeć choćby na Francję, gdzie hip-hop ma bardzo mocne korzenie piłkarskie, a dobrym dowodem na to jest na przykład Olympique Marsylia, w którego szatni piłkarze przed meczami motywują się rapowymi utworami. W Polsce obie sprawy są niemalże nierozłączne. Prosty przykład to choćby ksywka Pelsona, członka warszawskiej Molesty Ewenement, która jednoznacznie wskazuje na obszar zainteresowania polskich hip-hopowców. Środowisko twórców tej muzyki uczestniczyło także w kilku pokazowych meczach, na przykład dość głośnej rywalizacji z drużyną złożoną z księży.

Zainteresowanie futbolem rzadko jest jednak okazywane szerszej publiczności – nie ma raczej także mowy o deklaracjach miłości do konkretnego klubu?

Hip-hopowcy nie afiszują się zbyt mocno ze swoimi sympatiami klubowymi, wręcz unikają jednoznacznych deklaracji, ponieważ mogłoby to mieć bardzo negatywne skutki. Nasza praca polega na tym, że jeździmy po Polsce i gramy koncerty w różnych miastach. Zbyt silne akcentowanie swojej przynależności do konkretnej grupy kibiców - biorąc pod uwagę lokalny szowinizm, a nawet nienawiść między zwaśnionymi klubami - mogłoby się zakończyć zepsuciem występu lub zwyczajną rozróbą. Podobne deklaracje więc, szczególnie poza swoim rodzinnym miastem, raczej nie mają miejsca. Wyjątek stanowią kibice Manchesteru United, czy też FC Barcelony, ale w tym wypadku wychodzimy już poza nasze lokalne konflikty. Ja zresztą muszę przyznać, że też miałem okres takiego lokalnego zapatrzenia w swój klub, a także wrogości wobec obcych, z którego wyleczył mnie dopiero rap.

Ciągłe podróże, wiele przyjaźni w całej Polsce, granie dla publiczności z każdego jej zakątka – rap łączy ponad lokalnymi sporami i podziałami?

Dokładnie tak, długie kilometry w trasie z ludźmi z różnych końców Polski, wspólne imprezy, koncerty – to wszystko niesamowicie scala i jest skutecznym antidotum na wrogość wobec mieszkańców innych miast, wrogość której przyczyny odszukać możemy między innymi na stadionie.

Wracając do futbolu - piłka nożna jest z nami wszystkimi od najmłodszych lat, temat ten nie omija więc także hip-hopowców – ciężko oczekiwać, by najbardziej popularny w naszym kraju sport nie pozostał bez wpływu na raperów …

Ja się od zawsze „jaram” piłką nożną, to mój zdecydowanie ulubiony sport, choć Bóg pozbawił mnie talentu Brazylijczyka i nie mam techniki Iniesty. Już od podstawówki, od przedszkola wręcz, bardzo lubiłem grać w piłkę, oglądać mecze – doskonale zapamiętałem jedenastkę Ajaxu Amsterdam, „Latającego Holendra”, ekipę z Ruudem Gullitem, Marco van Bastenem, wszystkie większe i mniejsze talenty lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych…

A pierwsze mistrzostwa jakie oglądałeś?

To był mundial we Włoszech w roku 1990, z których najlepiej zapamiętałem bramkę jaką wpuścił golkiper kolumbijski, gdzieś z połowy boiska. Innym wesołym wspomnieniem jest także dość problematyczna kwestia oglądania finału - moja mama uparcie walczyła o możliwość obejrzenia bardzo popularnego wówczas serialu „Dynastia”. Mistrzostwa dały także impuls do wymyślania gier i zabaw, którymi zajmowaliśmy się poza oglądaniem meczów. Jedną z tych, które utkwiły mi głęboko w pamięci są kapsle.

No ale kapsle wyrosły na fali popularności kolarstwa? Wyścigi Pokoju i tym podobne…

Kapsle – rowery, które podróżowały ekstremalnymi trasami zbudowanymi w piaskownicy istniały swoją drogą, my zaś u nas na osiedlu, na Czerniakowie graliśmy kapslami w piłkę nożną. Ja jako najmłodszy niestety zawsze dostawałem reprezentację ZSRR, albo czegoś podobnego – rysowaliśmy boisko i graliśmy aż do zdarcia skóry na palcach. Z Mistrzostw Świata 1990 miałem skompletowane na kapslach chyba wszystkie drużyny, Holandię z van Bastenem, Rijkaardem, Ruudem Gullitem, Anglię z jej kapitanem, Gary Linekerem… Dywan w moim domu zresztą umożliwiał grę również w deszczową aurę, więc ta piłka naprawdę nie opuszczała nas nawet na moment.

Tych akcentów piłkarskich było zresztą o wiele więcej.

Oczywiście, były jeszcze choćby gumy do żucia, które wyszły jakoś po 1992, po Mistrzostwach Europy, a dodawane były do nich karty do gry z piłkarzami – wszyscy więc żarli te gumy na potęgę wyłącznie po to by skompletować pełną talię. Ja miałem całą, a naprawdę niewiele brakło bym uzbierał drugą.

Popularność tych gadżetów może obrazować jaki był poziom zainteresowania futbolem.

Zdecydowanie, a z tymi mistrzostwami wiąże się jeszcze jedna ciekawostka. Jako mały dzieciak miałem okazję wystąpić w programie „Domowe Przedszkole”, gdzie Janusz Gajos czytał Kubusia Puchatka, były także inne atrakcje dla najmłodszych. Odcinek z moim udziałem został nagrany na VHS i był przechowywany w domu jako wielka pamiątka rodzinna. Niestety omyłkowo zniszczyłem to nagranie – po dziesięciu sekundach programu wchodzi mecz z 1992 roku, który chciałem nagrać na video i pomyliłem kasety.

A nie próbowałeś swoich sił po drugiej stronie ekranu, na profesjonalnych boiskach? Dla wielu dzieciaków futbol to nie tylko największe marzenie, ale i jedyna droga by wybić się ponad podwórkową przeciętność.

Jeśli ktoś ma talent to na pewno jest to szansa, ja jednak nie miałem tutaj takiego wyboru jak „rap albo piłka”, bowiem jak już wspomniałem moje umiejętność piłkarskie raczej nie zasługiwały na uwagę jakiegokolwiek trenera. W meczach międzyszkolnych odgrywałem raczej rolę rezerwowego, czasem w nagrodę za ambicję i upór, jakie nieprzerwanie wykazywałem, udawało mi się zagrać przez parę minut. Osobiście nigdy nie traktowałem piłki jako potencjalnego źródła zarobku w przyszłości.

Kontynuując temat rapu i piłki – ludzie żyjący w tych zawodach mają chyba podobny styl życia – ze swojego hobby, z czegoś co uwielbiają robić, uczynili sposób na zarabianie pieniędzy.

Jeśli chodzi o piłkę to jestem absolutnie świadomy, że nie jest to łatwa praca, wbrew temu jak to może się postronnym obserwatorom wydawać. Na pewno jest to spory stres, choćby ze względu na ryzyko kontuzji, z powodu której w pewnym momencie wszystko trzeba zaczynać od zera, albo co gorsza w ogóle rozstać się z piłką. Co zaś stylu życia – nie da się ukryć, że ja jako raper do pewnego momentu prowadziłem się podobnie jak polscy piłkarze. Oni tego zachodniego profesjonalizmu dopiero się uczą, często osiadają na laurach i korzystają z uroków życia osoby rozpoznawalnej.

Proceente
Fot.: www.hip-hop.pl

 

„To moje miasto, gdzie gram i chlam jak Paul Gascoigne”

Emazet Procent – Absurd

 

Obraz piłkarza nie stroniącego od uciech raczej niewskazanych dla profesjonalisty wciąż jest chyba dość częsty i niestety prawdziwy?

Paul Gascoigne, George Best – prawdziwe ikony sportowców – melanżowników, a gdzie indziej mogły się takie gwiazdy narodzić jeśli nie w patologicznym środowisku Wielkiej Brytanii. W miejscu, gdzie kocha się futbol równie mocno jak dobrą muzykę. „Gazza” - piłkarz obok którego nie można przejść obojętnie. Był kapitanem reprezentacji Anglii, miał wielką charyzmę, spore umiejętności – mi najbardziej utkwiła w pamięci bramka strzelona Szkocji w 1996 roku, gdy przyjął piłkę na pełnym biegu, przełożył sobie ją na drugą nogę i sieknął woleja nie do obrony… Z drugiej strony jego życie było prawdziwym dramatem – niejednokrotnie zatrzymywany „za kółkiem” pod wpływem alkoholu, skandale z jego udziałem w zasadzie nie miały końca… Piłkarz – hip-hopowiec, taki Kurt Cobain piłki nożnej. W Polsce podobną rolę odgrywa na przykład Igor Sypniewski.

Sypniewski „po alkoholu nabierał blasku”. Ełkaesiak wyrósł z łódzkich blokowisk i trafił na europejskie salony piłki nożnej. A co najciekawsze najlepiej grał ponoć tam, gdzie przymykano oko na jego ekscesy, choć sam twierdzi co innego.

Prawdziwy as, który aktualnie coraz częściej gości w rubryczkach nie sportowych, a kryminalnych. Ostatnio słyszałem nawet, że ponoć wziął się za trenowanie młodzieży w ŁKS-ie, ale niestety kilka tygodni później podesłał jedynie krótką wiadomość do klubu - „Trenerze, nie dałem rady”. Co do tej pobłażliwości to podobnie jest przecież z muzykami. Jest spore grono ludzi, którzy na trzeźwo w ogóle nie udzielają się publicznie, a odbiorcy czasami nawet nie zdają sobie z tego sprawy.

W przypadku Igora chyba kluczowe jest środowisko – gdy już wróci na swoje ukochane Koziny to przepada wśród kolegów, którzy mają na niego nienajlepszy wpływ.

Myślę, że analogicznie jest z piłką – gdy już jej dotknie, to przez dwie godziny nie może się od niej odkleić. Pewnie podobnie ma z innymi swoimi, niekoniecznie pozytywnymi, namiętnościami. W mojej Legii zresztą też była słynna, dosyć melanżowa ekipa, pod wodzą trenera Wójcika. To był 1993 rok, ja wtedy dopiero zaczynałem chodzić na mecze, ale pamiętam tych ludzi, którzy do świętoszków zdecydowanie nie należeli – Wojciech Kowalczyk, Leszek Pisz, Dariusz Czykier, Adam Fedoruk, Marek Jóźwiak, który do dziś zresztą pracuje na Łazienkowskiej. To byli ludzie, którzy jakoś szczególnie profesjonalnie się nie prowadzili. Dość szalone życie tamtych zawodników opisał w swoich wspomnieniach „Kowal”, najpierw na łamach Przeglądu, potem w swojej autobiografii.

O „Kowalu” krąży zresztą sporo anegdot, jak choćby o liczbie przeczytanych przez niego książek. Oprócz autobiografii nie pochłonął ich zbyt wiele, niektórzy wspominają o jednej sztuce.

To wszystko – brak profesjonalizmu, prostolinijność – wciąż jest żywe i obecne w naszej piłce. Weźmy choćby ostatnią aferę, w której uczestniczyli Iwański i Peszko.

W tym tkwi chyba również piękno piłki – ci „Bad Boys” czasami są zdecydowanie bardziej inspirujący, bardziej oddziałujący na wyobraźnię, aniżeli ugrzecznieni profesjonaliści. Co o tym myślisz?

Jasne, ogółem ludzie kochają bohaterów niejednoznacznie pozytywnych. Tacy ludzie mogą przecież łatwo stać się bohaterami dynamicznymi, zmienić się na lepsze. Spójrzmy choćby na przykłady z polskiej literatury – hulaka Kmicic, który potem jako Babinicz uratował Polaków przed Szwedami, czy też ksiądz Robak, wcześniej znany jako Soplica. Pomijając już, że w ogóle przyszło nam żyć w takich czasach, w których skandal jest jednym z najlepiej sprzedających się towarów. Świadczy o tym na przykład popularność Artura Boruca, który jest prawdziwym mistrzem w kreowaniu atmosfery skandalu wokół swojej osoby. Tatuaż małpki na brzuchu, picie wina i niedwuznaczne podrywy w stronę stewardess podczas powrotu z kadry, czy katolickie prowokacje wobec protestanckich kibiców Rangers to jego sposób na wypromowanie siebie, sposób, który całkiem nieźle działa. Kibic widząc takich ludzi ma proste przemyślenia – „kurczę, to jest taki facet jak ja, nie jest żadnym robotem, tylko też lubi sobie przymelanżować, napić się, wyrwać fajną kobietę”.

To koniec pierwszej części naszego wywiadu z Proceentem, w kolejnym m.in. o skandalistach w piłce, brazylijskiej sambie oraz freestyle’owej Barcelonie. Zapraszamy już sobotę (2 kwietnia 2011).


Zobacz także:
- Imprezowy sport oraz co łączy Kmicica z Borucem czyli pierwsza część wywiadu z Proceentem
- Rosyjska ruletka i freestyle’owa Barcelona czyli druga część wywiadu z Proceentem
- Sensible, Tsubasa i Euro 2012 czyli trzecia część wywiadu z Proceentem
- Łukasz P. i podobni oraz wspólne cechy Listkiewicza, Berlusconiego i Clintona czyli czwarta część wywiadu z Proceentem
- Brychczy, Pisz i tort prezesa czyli piąta część wywiadu z Proceentem
- Stereotyp kibica, fury kasy oraz nadzieje na przyszłość - ostatnia część wywiadu z Proceentem


Rozmawiał Jakub Olkiewicz
Foto. flesz: www.hip-hop.pl



Lista komentarzy
Dodaj komentarz
Skomentuj wątek

Nick *
Treśc komentarza *
* Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

 
Wyciąg z regulaminu:


- Komentarz może zostac usunięty, jeżeli zostanie stwierdzone
  naruszenie przez niego Regulaminu.
- Komentarze nie mogą m.in.:

- zawierać informacji sprzecznych z prawem
- zawierać danych osobowych lub teleadresowych
- zawierać szkodliwej zawartości mogącej wpływać na
  stabilność działania Serwisu

- Odpowiedzialność za swoje Komentarze ponosi każdy Użytkownik




Wybrany wątek nie został jeszcze skomentowany.

Reklama