mapa serwisu
kontakt - z pierwszej piłki



sonda
Czy kibicom uda się zebrać 100 tysięcy podpisów pod projektem obywatelskiej ustawy?

Tak
Nie

« Przejdź do działu 'Wywiady'


Data dodania: 2011-01-25 16:33:30

W życiu powinny liczyć się zasady...


Mariusz Mowlik obrońca i kapitan ŁKS-u Łódź foto główka

Jesienią pod nieobecność Marcina Adamskiego był kapitanem Łódzkiego Klubu Sportowego. O pobycie w Stanach Zjednoczonych, nieuczciwych menadżerach, planach na najbliższy rok oraz Stowarzyszeniu Profesjonalnych Piłkarzy i Amatorów – mówi obrońca ŁKSu Łódź, Mariusz Mowlik.

Ostatnie tygodnie spędził pan w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego wybrał się pan, aż za Ocean?

Najprostsza odpowiedź to odpocząć i wziąć ślub. Jesteśmy razem z Dominiką już prawie 9 lat. Nie było okazji do wyprawienia typowego ślubu w Polsce. Tutaj sporo jest załatwiania i formalności. Wspólnie stwierdziliśmy, że fajnie będzie zorganizować taką podróż. Zastanawialiśmy się tylko, gdzie dokładnie chcemy polecieć. Padło na Hawaje i z pewnością nie żałujemy.

Ślub to wielkie wydarzenie dla rodziców państwa młodych. Rodziców nie było jednak z wami. Nie mieli pretensji, gdy dowiedzieli się, że zamierzacie pobrać się na Hawajach?

Rodzice i najbliżsi ze zrozumieniem przyjęli naszą decyzję.

Było też zapewne wiele innych osób, które zostałyby zaproszone, gdyby ślub odbył się w Polsce…

To chyba jedyny minus takiego ślubu. Ciężko zabrać wszystkich w taką podróż. Nie jestem jednak specjalnie tradycjonalistą. Nie marzyłem nigdy o takim normalnym weselu z orkiestrą, kotletem schabowym i tańcami. W Polsce ludzie znani są z narzekania. Wiedziałem, że nie zadowolimy wszystkich. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie niezadowolony. Chcieliśmy, aby ten dzień był miły, przyjemny i dla nas szczególny. I to udało się stworzyć. Nie zapominamy jednak o przyjaciołach i rodzinie. Przygotujemy dla nich jakiś skromny poczęstunek tutaj w Polsce.

W Stanach Zjednoczonych byliście państwo niespełna trzy tygodnie. Może pochwalicie się, co w tym czasie zwiedziliście…

Pierwszym przystankiem w naszej wyprawie był Nowy Jork. Miasto tętni życiem przez cały dzień. To coś niesamowitego. A to, co się dzieje w okresie przedświątecznym, to istne szaleństwo. Następnie wyruszyliśmy do San Francisco. Piękne miejsce. Miasto ma swój specyficzny klimat. Największe wrażenie zrobiło na mnie słynne więzienie Alcatraz. Stamtąd pojechaliśmy na Hawaje i przez 10 dni odpoczywaliśmy przy rajskiej plaży Waikiki. Pogoda rewelacyjna. Do tego ślub i niezapomniane wrażenia. Na koniec Las Vegas, czyli miasto grzechu. Istne szaleństwo.

I nie żal było wracać do Polski?

Pierwsza myśl, jaka pojawiła się, gdy wysiedliśmy na lotnisku we Frankfurcie była: "Wracamy". Pogoda była okropna. Zupełne przeciwieństwo tego, co mieliśmy jeszcze kilka godzin wcześniej w Stanach. Musieliśmy jednak wrócić do Polski. Dominika ma tutaj pracę. Jest trenerem personalnym i instruktorką aerobiku.

Także i pan rozpoczął już przygotowania do nowej rundy.

Przygotowania rozpoczęliśmy 11 stycznia. Niczego nie możemy zaniedbać. Musimy przecież wrócić do ekstraklasy…

Wierzy pan, że tym razem się uda i w czerwcu, wspólnie z kibicami będziecie świętować awans do najwyższej klasy rozgrywkowej?

Jesteśmy na dobrej drodze. Jak na tą ligę mamy naprawdę silną drużynę. Jesień zakończyliśmy na pierwszym miejscu. Teraz wystarczy to powtórzyć i awans mamy w kieszeni. Wiem, że łatwo się mówi, ale jestem przekonany, iż cel jaki przed nami postawiono, uda się zrealizować.

W klubie są gotowi na ten awans? Nie jest tajemnicą, że choć ŁKS powoli staje na nogi, to sporo rzeczy wymaga jeszcze poprawy…

Przez ostatni rok wiele się poprawiło. Oczywiście kilka niedociągnięć jeszcze jest. Głównie mam na myśli bazę treningową i stadion. Wierzę jednak, że miasto stanie na wysokości zadania i w końcu zapewni nam normalne warunki do treningów. Nie musimy już pół roku czekać za wypłatą pieniędzy, jak to było za poprzednich rządów. Nowe władze zrobiły wielki krok w kierunku normalności. Jedyny problem to infrastruktura. Sportowo i organizacyjnie klub jest gotowy na awans.

Mówi pan o awansie do ekstraklasy. Wiem jednak, że za pół roku kończy się pana kontrakt z ŁKSem. Gdy klub awansuje, na pewno będzie chciał sie wzmocnić. Może być tak, że trener nie będzie wykazywał zainteresowania dalszą współpracą z panem. Wtedy tej wywalczonej ekstraklasy, nawet pan nie posmakuje...

Może tak być. Taki los piłkarza. To nasza praca. Gramy tam gdzie nas w danej chwili chcą. Nie będę ukrywał, że bardzo dobrze się tutaj czuję i chętnie zostałbym w Łodzi. Decyzja jednak nie należy tylko i wyłącznie do mnie. Najpierw jednak wróćmy do tej ekstraklasy. Gdy to się uda, wtedy usiądę do rozmów z klubem i wspólnie zastanowimy nad dalszą współpracą.

Pan usiądzie do rozmów? Czy to oznacza, że nie reprezentuje pana żaden menadżer? To takie modne ostatnio.

Tak! Jeszcze niedawno reprezentował mnie m.in. pan Jarosław Kołakowski, ale nasze drogi się rozeszły i całe szczęście. Z tym panem na pewno nie będę już współpracował. Delikatnie mówiąc, okazał się osobą bardzo niehonorową.

Z tego co pamiętam to najpierw umieścił pana w Groclinie Grodzisk a potem pilotował pana transfery do Austrii Lustenau i greckiego Eigaleo Ateny…

Zgadza się. Jeszcze wcześniej negocjował mi umowy w Lechu. Nie robił jednak tego za darmo. Otrzymywał za to wynagrodzenie. W sumie bardzo długo reprezentował moje interesy. Było to przez 5 czy nawet 6 lat. Pierwsze zgrzyty zaczęły się gdy trafiłem do Grecji. Szybko doznałem kontuzji, klub przestał mi płacić, zabrali mi samochód, a następnie wyrzucili z mieszkania. Pan Kołakowski jako mój menadżer, nawet nie kiwnął palcem, by mi pomóc. Stwierdził, że nie może, bo straci wiarygodność na rynku greckim. Finał naszej współpracy jest taki, że spotkamy się teraz w sądzie. Sprawa z pozoru prosta. Po mojej przygodzie w Grecji, pan Kołakowski nie potrafił znaleźć mi klubu. Pytanie zasadnicze jednak brzmi, czy w ogóle szukał?

A nie szukał?

Przez wiele miesięcy – od czerwca 2007, czyli od mojego rozstania z Eigaleo, do kwietnia 2008 - siedziałem w domu i m.in. trenowałem indywidualnie z Wartą Poznań. Pozostawałem bez pracy, czyli bez środków do życia. Przez tyle czasu, pan Kołakowski nie był w stanie załatwić mi nawet testów piłkarskich. Uznałem, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce. W ciągu paru tygodni znalazłem kilka klubów, gdzie zostałem zaproszony na testy. O wszystkim informowałem swojego menadżera. Potem okazywało się, że w tych klubach kontrakty podpisywali inni zawodnicy. O dziwo zawodnicy, których agentem był… Jarosław Kołakowski.

Dzwonił pan jednak dalej do klubów i szukał… Efektem tych starań był półroczny kontrakt w pierwszoligowej wówczas Polonii Warszawa.

Zgadza się. Wróciłem ze Stanów Zjednoczonych, gdzie byłem testowany przez kluby MLS - oczywiście te testy również sam sobie załatwiłem – bo dostałem ofertę z Polonii Warszawa i podpisałem umowę z klubem Pana Wojciechowskiego. Z perspektywy czasu widzę, że panu Kołakowskiemu, po prostu nie zależało na znalezieniu mi klubu.

Fakty są jednak takie, że pan Kołakowski podał pana do sądu. O co dokładnie chodzi?

Chodzi o prowizję. Pan Kołakowski twierdzi, iż należy mu się wynagrodzenie za to, że siedział w domu i nie kiwnął palcem, by pomóc znaleźć mi klub. Faktycznie umowa mu to gwarantowała, ale przecież wcześniej ją rozwiązaliśmy. A skąd wnioskuje że w ogóle nie szukał? W umowie był zapis że jak sam znajdę sobie klub to menadżerowi przysługuje wyższa prowizja. Dodam jeszcze, iż moja sprawa nie jest jedyna. Pan Kołakowski ma wiele spraw sądowych ze swoimi byłymi zawodnikami.

Wróćmy jednak do tej prowizji. Raz mówi pan, że umowa gwarantowała wypłatę prowizji a za chwilę, że została rozwiązana. Gdzie tutaj logika?

Umowę z panem Kołakowskim miałem ważną do końca sierpnia 2008 roku. Kontrakt z Polonią Warszawa podpisałem w kwietniu a z ŁKSem Łódź w lipcu. Z umowy wynikało, że ta prowizja mu się należała…

Skoro mu się należała, powinien ją dostać.

Nie, bo się jej zrzekł.

Nic już z tego nie rozumiem…

Znalazłem klub. W kwietniu, przed podpisaniem kontraktu z Polonią Warszawa, rozmawiałem z panem Kołakowskim. Nie była to rozmowa w cztery oczy, ale przy świadkach. Rozmawialiśmy na temat tych pieniędzy i naszej umowy. Słownie ją rozwiązaliśmy. Powiedział, że nie chce ani złotówki, i tutaj cytuję: „Mariusz, dla mnie najważniejsze, że wrócisz wreszcie do grania”. Efekt? Wytoczył mi później sprawę w sądzie... Po prostu mnie oszukał!

No dobrze, ale ma pan przecież świadków waszej rozmowy…

Mam naocznych świadków, którzy o wszystkim słyszeli, ale gdy doszło do rozprawy w Piłkarskim Sądzie Polubownym działającym przy Polskim Związku Piłki Nożnej, to o świadkach nawet nie chcieli słyszeć. Liczę, że na najbliższej rozprawie wezmą ich już pod uwagę. To jednak nie wszystko. Rozprawa była absurdalna. Jej początek wyznaczono na godzinę 12. W sądzie byłem już pół godziny wcześniej. Siedzę w poczekalni i co widzę? Przychodzi pan Kołakowski. Najpierw przywitał się ze mną, a potem… poszedł do sali, gdzie przebywała komisja, która miała orzekać w naszej sprawie. Posiedzieli kwadrans, poczym zawołali mnie i mojego pełnomocnika na salę rozpraw. Śmiech! Tak działa bezstronny sąd?

Byłby pan gotów iść na ugodę?

Dlaczego mam iść na ugodę skoro uścisnęliśmy sobie dłoń i doszliśmy do porozumienia? Pan Kołakowski nie potrafił mi pomóc w tamtej chwili. Przez prawie rok nie znalazł mi klubu, więc uznaliśmy wspólnie, że prowizja mu się nie należy. Rozstaliśmy się wtedy w zgodzie. Ja mam czyste sumienie. Dla mnie dane słowo jest najważniejsze. Pan Kołakowski go nie dotrzymał. W życiu powinny liczyć sie zasady. Słowo dane drugiemu, powinno być najważniejsze. Szkoda, że ludzie zapominają o podstawowych wartościach…

Sąd może być jednak innego zdania. Sam pan powiedział, że pańskich świadków nawet nie przesłuchano…

Wiem, ale będę się domagał sprawiedliwości do końca. Może nie wygram w PZPN, bo pan Kołakowski ma tam swoje znajomości. Będę jednak szukał różnych możliwości i walczył o swoje. Zamierzam wytoczyć panu Kołakowskiemu proces, że nie wywiązał się ze swoich obowiązków jako menadżer.

Popełnił pan duży błąd, nie żądając na piśmie deklaracji o rezygnacji z tamtej prowizji…

Wiem. Byłem naiwny. Wierzyłem, że kilkuletnia współpraca, która przez długi czas dobrze się układała i przynosiła korzyści zainteresowanym stronom, to wystarczający powód, by mieć do kogoś zaufanie. Dlatego na moim przykładzie chcę przestrzec innych zawodników przed podpisywaniem umów z tego typu menadżerami. Między innymi z tego powodu, założyliśmy z przyjaciółmi Stowarzyszenie Profesjonalnych Piłkarzy i Amatorów. Członkami są już praktycznie wszyscy piłkarze Ekstraklasy i 1 Ligi. Trzeba w końcu wiele spraw uporządkować. Wierzę, że wspólnymi siłami się uda. Większość agentów w Polsce to zwykli oszuści. Siedzą w domu i czekają aż zawodnicy sami znajdą sobie klub. Wtedy tylko wysyłają wezwania do zapłaty. Pytam się zatem, czy praca menadżera powinna wyglądać w ten sposób, że piłkarz sam wyszukuje klub i dopina sprawę transferu, a potem po kilku miesiącach, otrzymuje wezwanie do zapłaty od swojego agenta, który siedział w tym czasie w fotelu w ciepłych kapciach i sączył whisky?

To pytanie retoryczne…

Właśnie. A są nawet tacy menadżerowie, którzy podrabiają podpisy zawodników. Inni mówią: „Słuchaj. Podpiszesz w tym klubie kontrakt, ale musisz z tych pieniędzy, określoną sumę zapłacić znajomemu trenerowi, albo dyrektorowi sportowemu, który zapewni ci opiekę”. Ten cały system jest chory. PZPN musi się za to wziąć, bo biznes się kręci, ale kosztem rozwoju polskiej piłki.

Nie muszę mówić, jaka powszechnie panuje opinia o Polskim Związku Piłki Nożnej. Sam pan przed chwilą powiedział, jak wyglądała rozprawa w Piłkarskim Sądzie Polubownym. Naprawdę wierzy pan, iż PZPN wyjdzie z inicjatywą takich zmian?

PZPN pracuje nad poprawą swojego wizerunku. Musi wiele spraw uporządkować i mam nadzieję że sprawa nieuczciwych menadżerów znajdzie się na samym szczycie. Czy to normalne, że menadżer wciska po znajomości jakiegoś trenera do klubu? Później otwiera się okienko transferowe i nagle 5-6 zawodników tego menadżera podpisuje kontrakty z tym klubem. Z jednej strony żal mi takich właścicieli jak Józef Wojciechowski, czy Janusz Filipiak. Wykładają swoje niemałe pieniądze a potem są okradani przez własnych pracowników.

Muszą lepiej ich dobierać i być mniej naiwni…

Naiwność to chyba dobre słowo. Problem polega na tym, że nie znają się na piłce i potem otaczają się takimi „znawcami”.

Trochę inaczej funkcjonuje to w Lechu Poznań. Myśli pan, że rozwiązanie ze słynnym już komitetem transferowym, to dobry pomysł?

Z jednej strony tak, bo to zmniejsza ryzyko takich dziwnych transferów, ale idealnego systemu nie ma. Transfery to w pewnym sensie loteria. Zdarza się, że jakiś zawodnik nie sprawdzi się w danym klubie. Do końca nie wiesz, czy pasuje charakterem do drużyny, do preferowanej przez trenera taktyki, itd. Chodzi mi jednak o to, żeby ograniczyć oszustwa. Wielu piłkarzy zza granicy, którzy przylatują do Polski, nie nadaje się do gry w naszych klubach. Menadżerowie poprzez trenerów i dyrektorów sportowych, wciskają ich do klubu. Potem kasują prowizję, dzielą się z kim trzeba, a właściciele płacą.

I potem tacy piłkarze grają, mimo iż nierzadko są dużo słabsi od Polaków, z którymi rywalizują…

A dziwi się pan, że grają? Skoro trener ich sprowadził, to będzie na nich stawiał. Nie może przecież zawieźć zaufania przyjaciela menadżera. Tak ten biznes się kręci.

Zna pan konkretne przypadki?

Owszem. Nie chcę jednak mówić tego na głos. Na to trzeba mieć niezbite dowodu. Chcę tylko pokazać mechanizm, jak to w Polsce funkcjonuje… Mój przypadek pokazuje, iż zdrowy rozsądek czy nawet naoczni świadkowie, to za mało, by dowieźć czegokolwiek w Polsce…

Menadżerowie niszczą polską piłkę, to już wiemy. Ostatnio głośno było o transferze Sławomira Peszki, który zmieniając menadżerów jak rękawiczki dopiął wreszcie swój transfer do 1.FC Koln. Celowo napisałem "wreszcie", bo piłkarz usilnie chciał wyjechać już w czerwcu. Pan w jednym z wywiadów pochwalił wybór byłego zawodnika Kolejorza. Ale nie uważa pan, że nie tak powinno to wyglądać? Gdyby nie menadżer, który prawdopodobnie roztoczył przed piłkarzem wizję wielkiej piłki i szybkiego zarobku, zawodnik w dalszym ciągu grałby w Poznaniu.

Ale kto by na tym zyskał? Nikt... Piłkarz żeby się rozwijać musi trenować i grać zawsze na 100%.

Lech by zyskał…

Czy na pewno? Klub miałby sfrustrowanego zawodnika, który nie czuje rywalizacji, a przy tym nie rozwija się. Sławek wyjeżdża w bardzo dobrym dla siebie momencie. Ostatnie pół roku pokazało, że w Polsce nie czuje się już dobrze i potrzebuje nowych wyzwań.

Może menadżer namieszał piłkarzowi w głowie. Przecież to nie jest niczym nowym…

Tego nie wiem. Na pewno jednak będzie miał większą motywację do pracy, grając co tydzień przeciwko lepszym od siebie piłkarzom. Teraz będzie grał przeciwko Bayernowi, Werderowi czy Schalke, czyli będzie biegał obok takich piłkarzy jak Ribery, Diego, Silvestre, Raul. Obok piłkarzy, których w Polsce nie ma i nigdy nie będzie. Przypuśćmy, że Sławek zostałby w Polsce. Zyskałby coś? Dwa mecze z SC Bragą, potem ewentualnie z Liverpoolem, jakiś tam szlagier w polskiej lidze i koniec. W Niemczech, tydzień w tydzień będzie grał przeciwko wielkim klubom i piłkarzom. Nie ma też co ukrywać, że czynnik finansowy był tutaj bardzo ważny.

Mówi pan, że liga w Polsce jest słaba. Podobnie jak pan, uważa wielu dziennikarzy. Dlaczego jednak broni pan decyzji zawodników o wyjeździe. Właśnie odejście Peszki a teraz braci Brożków, czy Marcina Robaka, obniża poziom naszej ligi…

A jakie mamy podstawy, by myśleć inaczej? Mamy jakieś sukcesy na arenie międzynarodowej? Trzeba rozgraniczyć tutaj dwa punkty widzenia. Jako kibica i jako piłkarza. Jako kibic, chciałbym żeby w naszej lidze grali jak najlepsi piłkarze. Marzę o Lidze Mistrzów i sukcesach w pucharach. Muszę jednak spojrzeć na wszystko, także z perspektywy piłkarzy. Dla rozwoju poszczególnych zawodników, wyjazd do lepszej ligi, to dla nich praktycznie same korzyści. Tam rywalizują z lepszymi zawodnikami, zarabiają większe pieniądze a tym samym zapewniają sobie oraz swoim najbliższym, lepszą przyszłość. Wiem, że przeciętny kibic tego nie zrozumie. Dla niego, i zresztą słusznie, liczy się tylko dobro ukochanego klubu. Proszę jednak pamiętać o jednym. Teraz nikt już nie będzie grał w jednym klubie z sentymentu albo dlatego, że tam się wychował. Takie są obecne realia.

Myśli pan, że coś takiego, jak przywiązanie do barw klubowych już nie istnieje?

Są piłkarze, którzy mówią głośno o przywiązaniu do barw. Jednak nierealne jest w dzisiejszym świecie, a przynajmniej w Polsce, by ze względu na sentyment, reprezentować barwy tylko jednego klubu. Piłka to nasza praca. Dostanie pan ofertę z firmy, w której będzie mógł się rozwijać i zarabiać nieporównywalnie większe pieniądze, to pan też z niej skorzysta.

Skoro już mowa o przywiązaniu do barw. Wiem, że nie jest pan piłkarzem, który całuje herby wszystkich klubów, w których grał i zawsze głośno mówi o swoich piłkarskich korzeniach. W dalszym ciągu śledzi pan wyniki Kolejorza?

Oczywiście. Jestem lechitą z krwi i kości, i jestem z tego dumny. Zawsze to powtarzam. Najpiękniejsze chwile w życiu spędziłem w Poznaniu. To moje rodzinne miasto. Od dziecka chodziłem na Bułgarską. Awans do ekstraklasy, Puchar Polski, Superpuchar, występy w pucharach. Przeżyłem w Poznaniu wiele pięknych chwil.

I występ w reprezentacji Polski. Jeden jedyny i raczej już ostatni. Koszulka z orzełkiem na piersi pewnie do dzisiaj zajmuje szczególne miejsce w pana kolekcji…

Mam dwie koszulki z tego meczu. Z pierwszej połowy spotkania zachowałem koszulkę reprezentacji Polski. Druga, to koszulka napastnika USA, Briana Mcbride'a, z którym wymieniłem się po zakończeniu meczu.

Zanim zakończymy, chciałbym jeszcze wrócić do tego Stowarzyszenia Profesjonalnych Piłkarzy i Amatorów, o którym wspominał pan wcześniej. O co właściwie chodzi?

SPPiA została powołana przez piłkarzy i jest zarządzana tylko i wyłącznie przez nich. Chcemy zjednoczyć środowisko piłkarskie w Polsce, bronić praw zawodników profesjonalnych i amatorów oraz poprawiać ich wizerunek. Pełnimy rolę mediatorów w sporach zawodnika z klubem bądź PZPNem.

I to pan był pomysłodawcą tego przedsięwzięcia?

Pomysłodawcą był Paweł Drumlak, z którym grałem wcześniej w ŁKSie. Poprosił mnie o pomoc przy realizacji projektu. Od razu się zgodziłem. Najdziwniejsze jest to, że przez tyle lat nie było w Polsce organizacji, która by reprezentowała zawodników. Byliśmy chyba jedynym takim krajem w Europie. Najlepiej to funkcjonuje na Wyspach Brytyjskich, Niemczech i Holandii.

Macie już jakieś sukcesy? Pomogliście jakiemuś piłkarzowi?

Oczywiście. Zgłaszają się do nas zawodnicy z różnych lig. Z Ekstraklasy, 1 Ligi, niższych lig, a także z piłki młodzieżowej. Naprawdę duże było zapotrzebowanie na taką organizację.

W jaki sposób pomagacie piłkarzom?

Zależy jaki mają problem. Współpracujemy z różnymi kancelariami i m.in. przygotowujemy zawodnikom wzory kontraktów, pomagamy w wyegzekwowaniu zaległego wynagrodzenia z klubu albo po prostu w znalezieniu nowego miejsca pracy. Chcemy też zawodnikom wskazywać różne możliwości po zakończeniu kariery.

Na koniec chciałbym jeszcze zapytać, czego życzyć panu na najbliższy rok?

Sportowo to na pewno awansu do Ekstraklasy. A prywatnie... zdrowia i szczęścia, bo to chyba najważniejsze w życiu.

No to ostatnie pytanie… Mowlik junior, gdzieś tam w planach się pojawia…

Pożyjemy, zobaczymy. Nie naciskam (śmiech!)…


Rozmawiał: Marcin SMYTRY
Fot.: CyfraSport



Lista komentarzy
Dodaj komentarz
Skomentuj wątek

Nick *
Treśc komentarza *
* Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

 
Wyciąg z regulaminu:


- Komentarz może zostac usunięty, jeżeli zostanie stwierdzone
  naruszenie przez niego Regulaminu.
- Komentarze nie mogą m.in.:

- zawierać informacji sprzecznych z prawem
- zawierać danych osobowych lub teleadresowych
- zawierać szkodliwej zawartości mogącej wpływać na
  stabilność działania Serwisu

- Odpowiedzialność za swoje Komentarze ponosi każdy Użytkownik




Wybrany wątek nie został jeszcze skomentowany.

Reklama