Jacek Wiśniewski szczerze o piłce - część 2
Od momentu przekroczenia progów pizzerii „Bliźniacy” wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z postacią nietuzinkową. Jacek Wiśniewski, pogromca boiskowych płaczków i cwaniaków, wnikliwie przeanalizował z nami obraz polskiej piłki. W drugiej części obszernego wywiadu ikona (choć sam unika tego określenia) Górnika Zabrze opowiada o swoim ukochanym klubie i sytuacji w polskiej lidze, a także dzieli się - z charakterystycznym dla siebie dystansem - licznymi anegdotami bezustannie towarzyszącymi piłce nożnej.
Omówmy Twój Górnik. Są sponsorzy, są utalentowani gracze, ale brak wyników.
- Powiem tak: przede wszystkim są zajebiści kibice! To jest pierwsza i najważniejsza kwestia. To jest symbol Górnika i to nie jest tak, że ja się teraz podlizuję. To wiedzą wszyscy i tego nie ma co ukrywać, że oni życie by oddali za te barwy, za ten klub. Taka jest prawda. Ja nie mówię, że to jest „dwunasty zawodnik”, zawsze podkreślam, że to jest numer jeden. Co do władz z kolei - prezes Mazur robił jakąś robotę, został w którymś momencie – mówiąc delikatnie – pomówiony, że coś źle zagospodarował… Nie zwykłem wtykać nosa w nieswoje sprawy, to są wewnętrzne problemy działaczy Górnika.
A Ty co sądzisz o sprawie prezesa Mazura?
- Parę razy się spotkaliśmy i uważam, że to bardzo sympatyczny chłopak. Za jego kadencji wpuszczono też fajnych zawodników, próbował to wszystko jakoś wyprostować, nie ukrywajmy też, że miał jaja wydupczyć do rezerw tych, co nie chcą się dogadać, chociaż zarabiają bardzo dobre pieniądze. Bardzo się cieszę z kolei i uważam że to dobre posunięcie - trenerami zostali byli piłkarze. Jest Darek Koseła, jest Józef Dankowski, jest Marek Piotrowicz, jest Kostrzewa, dalej jest Andrzej Orzeszek, jako trener działa Mietek Agaton, Tomek Rosmanik – wszyscy chłopcy związany z Górnikiem – i to jest dobre, że wzięli chłopaków stąd, a nie znowu jakiś przyjezdnych, którzy po prostu nie mają serca, ani dla Zabrza, ani dla Śląska.
Uważasz, że lepiej zatrudniać „swoich”, niż przyjezdnych?
- Jasne! Przyjeżdża gościu z Poznania i liczy się dla niego tylko biznes, posiedzi, zarobi i jak się skończy passa to wypad bez żadnego żalu! A zawodnicy, czy trenerzy ze Śląska, mieszkają tu, mają tu rodziny, mają swoje dzieci, oni dla tego klubu kiedyś coś zrobili i dalej chcą pracować. Wiadomo, że będą za to otrzymywać wypłaty, ale dla tego klubu też się poświęcą, bo oni są w stanie to zrobić i to jest właśnie bardzo korzystne. Uważam, że to bardzo dobre posunięcie, mieć takich lojalnych gości.
Główny inwestor jest jednak spoza regionu.
- To prawda, Allianz, spora firma, duże perspektywy. Nie wiem czy chcieli ubezpieczyć te kopalnie i pracujących w nich górników, zresztą wiadomo, że w Zabrzu jest mnóstwo kibiców. Na pewno to było przemyślane z ich strony pod względem marketingowym, ale to nie moja sprawa. Niech robią co chcą, byleby Górnik dobrze grał. Co do drużyny – chłopcy pokazali teraz, że mają charakter i jaja. Trener Nawałka to znakomity szkoleniowiec i jego zatrudnienie było strzałem w dziesiątkę. To on stworzył ten zespół i dzięki temu można po sezonie zarobić na transferach. Ja co prawda uważam, że Sikorskiego mogli jeszcze zostawić, ale Jeża! Uwierzcie mi panowie – przecież to jest 31-letni zawodnik! Przyszedł gościu za darmo, a opierdolili go za takie pieniądze, że dla mnie interes roku. A pomyślmy teraz co by było, jakby złapał kontuzję poważniejszą? Gość już nie jest młody, oni z nim podpiszą kontrakt na trzy lata, a on za rok skończy karierę i nie będzie ani kasy, ani Jeża. Dla mnie świetny ruch.
Wojciechowski pewnie nawet by nie zauważył, że gość kończy karierę. W sumie podobnie jest np. z Arboledą – lata mijają, on sam coraz słabszy, a Lech wciąż na niego stawia…
- Arboleda prawdopodobnie już się wypalił. W Poznaniu jest bogiem, osiągnął już wszystko, kibice go lubią – po prostu nie ma już motywacji. Wystarczyłoby zmienić klimat, trenera – pokazać się komuś nowemu. Ale jemu to chyba odpowiada. Ma już dwa mistrzostwa, czego chcieć więcej.
A jak w tym sezonie typujesz Górnika?
- Wynik już w ubiegłym sezonie był dobry, ale powiem wam szczerze, że teraz może być lepiej. Zauważyłem, że trener Nawałka buduje zespół sakramencko silny fizycznie. Trenują nawet dwa razy dziennie - to jak każdy, tylko mają trening po dwie godziny i czterdzieści minut! Przy czym jest czas na zadupczanie, ale i na jakieś gumy, czy piłki. To jest naprawdę rewelacja. My tak mieliśmy z trenerem Górakiem w Radzionkowie i osobiście czułem się świetnie przygotowany, znacznie poprawiłem dynamikę. No i sama osoba trenera Nawałki, on na pewno znakomicie to wszystko poprowadzi. Tu zacytuję trenera Bochynka: Jacek, jak jesteś dobrze przygotowany to psychika może cię pocałować w dupę, bo i tak zawsze każdego dogonisz – taka jest prawda.
Z drugiej strony teraz jest spore grono zawodników, które narzeka na zbyt długie treningi, na przemęczenie…
- No to niech nie podpisują kontraktów! Niech idzie jeden z drugim na kopalnię to będzie osiem napierdalał! I wtedy co powie? „Kurwa, znów na osiem godzin na ten dół mam zjechać?” A tu ma tylko dwie-czterdzieści i to jeszcze za jaki hajs! A on jeszcze marudzi! Nigdy kurwa nie marudziłem! Nigdy. Mnie trenerzy wkurwiali niektórzy – tak jak każdego zawodnika, bo to każdy trener wie i każdy zawodnik. Większość trenerów grała kiedyś w piłkę, ich trenerzy też ich wkurwiali. Moje zdanie jest takie: czasem sobie coś po cichu powiedziałem, czasami nawet… nieco głośniej. Dostanę karę i ok, ale jak było zapierdalanie to zapierdalałem. Zrywałem zębami reklamy z boku! (śmiech)
Ale wiesz, taki jest nowoczesny futbol. Trochę jesteś grzeczny, trochę trenujesz, trochę się przykładasz, trochę masz swojego zdania… Wszystko na „trochę”.
- Oprócz kasy! Trochę trenujesz, ale kasy to chcesz więcej!
Dlatego polscy piłkarze rzadko osiągają sukces? Wyjeżdżają za granicę i są fatalnie przygotowani fizycznie?
- Macie przykład Piszczka! Dziękuje za uwagę! Tu w Polsce chłopak został napastnikiem, bo był bardzo szybki i wytrzymały. Tam zrobili z niego obrońcę i on się bawi z tymi napadziorami, dlatego że doskonale wie jak się gra na tej pozycji. Na pewno w Niemczech podłapał też dużo tej taktyki, niemieckiej solidności - to jest najważniejsze, co zresztą widać jak chłopak gra! On jest w kadrze najlepszy – nie ma lepszego obrońcy, taka jest prawda.
Niektórzy mówią, że nie tylko w tym jest najlepszy…
- O tym nic nie wiem. Ja z nim samolotem nie leciałem! (śmiech)
„Wiśnia to jest gościu, który zawsze zapierdala i zasługuje na szacunek” – taka opinia dominuje wśród fanów w całej Polsce.
- (śmiech) Panowie, nie ukrywajmy: na boisku nigdy nie byłem wirtuozem! Potrafiłem wyprowadzić piłkę, zagrać czasem jeden na jednego, czy dograć, ale…
…ale nie było fajerwerków.
- No właśnie o to chodzi! Nie było fajerwerków, jak u niektórych magików, ale znowu byłem bardzo skuteczny w obronie. Jeździłem na dupie, zawsze była mobilizacja i dzięki temu dobrze żyłem z kibicami. Oczywiście najważniejsi fanatycy, to dla mnie Ci z Górnika.
Właśnie – na kibicach wrażenie robiło zawsze też Twoje przywiązanie do barw.
- To jest bardzo ważne! Jedyny szalik innego klubu, który założyłem na szyję to był szalik Cracovii i ubrałem go podczas wizyty u Papieża Jana Pawła II. Założyłem go jedynie do zdjęcia, gdy wszyscy ustawiliśmy się w garniturach i szalikach.
Spotkanie z Papieżem to pewnie olbrzymie przeżycie?
- Tak, to była rewelacja, w dodatku było to jakieś dwa miesiące przed jego śmiercią. Co do barw jeszcze - powiem wam szczerze, że byłem w Jastrzębiu (GKS Jastrzębie – red.), gdzie zostało zorganizowane spotkanie z kibicami. Trener Wyrobek, który zrobił mistrza z Ruchem, wystawił szyję i mu powiesili te barwy Jastrzębia. Super trener, super człowiek, związany całe życie z Ruchem, ale wystawił i powiesili mu ten szalik. Mi dali go do ręki, ale wziąłem go i powiedziałem do tych kibiców, a było tam paru naprawdę fanatycznych: panowie, z całym szacunkiem dla was. Ja dla tego klubu będę zapierdzielał jak najlepiej, zresztą sami to ocenicie, ale na szyję w całym życiu ubiorę tylko jeden szalik i to jest szalik Górnika Zabrze. Dostałem wtedy spore oklaski, chłopaki powiedzieli, że szanują to i wszystko było OK. Najgorsi są tacy, co się nie przyznają, albo nawet powiedzą „ja nie, ale ja wam powiem, gdzie mieszka dwóch takich! Ja wam wszystko powiem”. (śmiech)
Cóż, czyli spotkania z kibicami to dla Ciebie przyjemność?
- Tak, a opowiem Wam jeszcze coś. Jak zawsze robimy zdjęcia – ci co mnie znają, to wiedzą o co chodzi, a fotograf zawsze średnio. Jak już wszyscy są rozstawieni to mówię mu, żeby skrzywił aparat, no to on od razu pyta po co i jak ma skrzywić ten aparat. No a jak? Tak, żebyś miał proste zdjęcie ze mną! (śmiech) Inna sytuacja była, jak w Górniku mieliśmy prezentację w Multikinie, pełno osób, kibice, dyrektorzy. Wywoływano po kolei wszystkich i kiedy padło na mnie wszedłem na scenę razem z dzieciakami i mówię „proszę państwa, ja wiem, że jestem tutaj troszeczkę na krzywy ryj”. (śmiech) Cała sala oczywiście też w śmiech.
Przez te dwadzieścia lat z piłką udało się zebrać trochę anegdot?
- Jasne! Kiedyś graliśmy mecz w Szczecinie, ja jeszcze w Szczakowiance, wygraliśmy bodajże 3:2. Była taka sytuacja, że pociąg stał na peronie, a my w tych kuszetkach, już zresztą sobie coś tam rozlaliśmy – nawet nie pamiętam, czy piwko, czy coś mocniejszego. I nagle ktoś z drugiego pociągu coś zaczął śpiewać w naszym kierunku – myśleliśmy, że nas wyzywają. Andrzej Bledzewski powiedział do nich, żeby wyszli na peron, no i wyszło ich trzech. Ja nie wytrzymałem i wyskoczyłem oknem, bo mieliśmy wtedy dłuższy postój i trochę więcej czasu. Wziąłem rozbieg, podbiegam do nich, widzę ich oczy, jestem nastawiony, że będzie młócka. Podbiegam, a ten jeden wyciąga długopis i mówi: „czy mogę prosić o autograf?” (śmiech)
Umiejętnie wyszedł z sytuacji.
- Ja się wróciłem do pociągu i było wszystko OK.
Sparing z bokserem to chyba żadna przyjemność.
- (śmiech) A w tym pociągu to jeszcze się działo później! Grzesiu Król wylał mi piwo na głowę, bo już go trochę wzięło i zaczął wariować. Ja odczekałem czterdzieści minut i jak byliśmy sami na korytarzu to mu zwyczajnie przypierdoliłem. Dostał takiego strzała, że wyskoczył od razu na peron i zaczął dzwonić po jakieś „szprychy”, żeby mnie tu zawinęli. Później jak się uspokoił to do mnie przyszedł i przeprosił. Źle się zachował, a Andrzej Bledzewski, który znał mnie jeszcze z Górnika, potem mi się zwierzał, że już jak widział jak mi Król wylewa te piwa i ja się tylko spokojnie wycieram to wiedział, co się będzie działo. Mówił, że czekał tylko kiedy. (śmiech)
Może aktualnie piłkarzom właśnie tego brakuje? Wstać, dać sobie po razie, oczyścić atmosferę. Jak to jest z tymi zasadami w szatni?
- Pewne zasady pozostały – młodzi zgarniają pachołki, bramki, ponadto wszyscy zadupiamy o jedną premię. Ja nigdy na to nie patrzyłem z zazdrością – ja zarabiam 10 tysięcy, a tamten 60. To co utargował sobie mój kolega z klubu to nie moja sprawa, nie mam powodów by być o to zazdrosnym, bo ja i tak zawsze dostawałem tyle ile sam chciałem. Ale kiedy ktoś zarabiał więcej, przez co w dupie miał premie meczowe, to u mnie miał przejebane. Jeśli była przerwa zimowa i gość mi nadawał, że jak staje na portfelu to jest wyższy – nie będę wam mówił o kogo tu chodzi – to OK. Miej sobie! Żeby zdrowie ci tylko dopisywało, nie ma problemu! Ale gdyby przyszedł sezon, a on by się opierdalał to by miał pozamiatane.
Brakuje takich ludzi. Strasznie brakuje. Dobra no to tak, co z przyszłością teraz, bo już przez telefon mi zdradziłeś, że znowu zacząłeś trenować boks! (śmiech)
- Chłopaki z Górnika otworzyli szkółkę dla swoich ludzi, no to na początku roku sobie pochodziłem tam trochę. Potem jak się zaczęła liga, siłą rzeczy miałem mniej czasu. Teraz zapisuję syna, też będzie chodził. Dobra ekipa, chłopaki bardzo w porządku, mnie samego też bardzo ciepło przyjęli. Uważam, że to fajnie tak powrócić do korzeni, ale uwierzcie mi - jak ktoś myśli, że to wygląda tak, że idziesz na worek sobie poćwiczyć to się grubo myli. Ten trening to jest masakra! Dwie godziny ostrej pracy. Akurat ja trafiłem w styczniu i oni mieli okres przygotowawczy, no to nie dość, że ja trenowałem jeszcze w Radzionkowie to chodziłem wieczorami właśnie na ten boks i to była prawdziwa masakra.
Boks to oprócz tego bardzo techniczny sport.
- Jest bardzo techniczny, ale w tym okresie przygotowawczym to ja po samej rozgrzewce myślałem, że się porzygam – daję wam słowo! To było niemożliwe, a co tam chłopcy robią to jest obłęd. Teraz mamy tutaj galę w sobotę MMA. Około 1000 ludzi będzie.
A Twoja restauracja? Skąd ten pomysł?
- Mam tutaj wspólnika, takiego przyjaciela od serca, z którym urodziliśmy się razem 8 czerwca 1974 roku. Mamy restaurację w Łagiewnikach, mamy restaurację tutaj, teraz mamy jeszcze trzecią otwierać. Pizzeria się nazywa „Bliźniaki” dlatego, że jesteśmy urodzeni tego samego dnia, właśnie pod tym znakiem.
Michał Probierz jest wychowankiem klubu z Łagiewnik…
- Tak, nasza pizzeria jest jakieś trzysta metrów od jego domu.
A jak kręci się biznes?
- Mamy dużo imprez w weekendy, jakieś stypy w tygodniu, ale przez to że nie ma ogródka, nie spodziewajcie się tu jakichś tłumów. Sporo jednak mamy dowozów - zauważyliście chłopaki, że pan Heniu już kilka razy jak tu siedzimy wychodził. Może na tych Łagiewnikach trochę lepiej to wygląda, bo tam jest dzielnica podzielona. Są chłopaki co się od urodzenia znają i kibicują Górnikowi, większość jest za Ruchem, a jeszcze inni za… Polonią Bytom. Nieraz jak mamy mecze, bo jest tam ten Canal Plus, to sobie siedzą wszyscy i są niezłe jaja. Nie to żeby się bili czy coś. Ale czasem to my tam płaczemy jak stoimy za tą ladą, bo to jest mistrzostwo świata. Niezłe teksty są.
Górnik nie zgłosił się, żeby zatrudnić swoją ikonę?
- Ikonę?! Ja nie jestem ikoną, ikoną to był Lubański, czy Oślizło.
No tak. Ale kiedy ja mówię Jacek Wiśniewski to myślę Górnik Zabrze…
- Dużo ludzi tak myśli, tu masz rację, teraz powiem nieskromnie, ale nie… Powiedzmy, że nie będę się pchał, gdzie może ktoś mnie nie chce… Działacze decydują.
A gdyby pojawiła się propozycja to podjąłbyś się na przykład szkolenia młodzieży?
- Ja mam trenera drugiej klasy! Od razu się pochwalę, jak chcecie to możecie sprawdzić! Skończyłem na AWF-ie.
I chcesz dalej rozwijać się w tym kierunku?
- Szczerze, to mam teraz inne sprawy na głowie. Chcemy handlować reduktorami prądu, teraz praktycznie tylko tym się zajmujemy. Można na tym zarobić nie ukrywam. Tylko, że trzeba za tym pojeździć.
Ale w przyszłości nie przekreślasz kariery trenerskiej?
- Wiecie, chciałbym coś poprowadzić, żeby iść dalej. Na razie będę działał z trenerem Smyłką.
Kręci Cię taka robota? Niektórzy piłkarze wręcz nie mogą się doczekać zakończenia kariery, by zostać trenerami.
- Był taki okres, kiedy grałem w Radzionkowie, trenowałem chłopaków z rocznika ’98. Mojego syna również wówczas prowadziłem, bo był jeszcze przed transferem do Stadionu Śląskiego. Nie ukrywam, że brałem niektóre treningi ze specjalnej strony internetowej, ale sporo też korzystałem ze swojego doświadczenia. Pomógł mi także trener Rafał Górak. Dla mnie paranoją są trenerzy, którzy dzieciakom każą ogrywać jakieś schematy, czy inne taktyczne sprawy. W tym wieku trzeba się bawić, a nie zniechęcać dzieciaków taktyką. Pomijając elementarne sprawy jak proste kopnięcia, wewnętrznym podbiciem, czy nawet wewnętrzną częścią stopy – tu musi po prostu być powtarzalność, a wtedy chłopcy nauczą się grać.
Czyli system angielski – powtarzalność, selekcja, trening od najmłodszych lat.
- Marcin Brosz był w Anglii na stażu i opowiadał, że do pewnego momentu odbywa się wyłącznie selekcja motoryczna. W wieku dziecka jesteś koń, to grasz na pozycji, gdzie można to wykorzystać. W Birmingham na 20 boiskach robi się testy dla dzieci z całego kraju, a najlepsi trenerzy od razu wychwytują kto będzie gdzie grał. Chłopaszkowi 10 lat mówią: „Ty będziesz skrzydłowym” i jego się już szkoli na skrzydłowego! Sprawdzają takie rzeczy jak ułożenie pięt przy biegu. Świętej Pamięci dr Wielkoszyński na przykładzie Kuby Błaszczykowskiego opracował jak to wszystko powinno wyglądać.
U nas o takich testach jak w Birmingham możemy pomarzyć…
- Jasne, chłopak strzela 50 bramek w niższej lidze, idzie gdzieś do klubu i dostaje 45 minut szansy, po czym jest „odstrzelony”. To paranoja, przecież on się w ogóle nie zdąży pokazać, czasem nawet piłki nie dotknie! Pomijając menadżerów, którzy też nieźle mącą.
No i wracamy w ten sposób do tematu faworyzowania zawodników zagranicznych.
- Tak, ale z drugiej strony patrząc obiektywnie – paru kozaków do nas przyjechało. Traore chociażby…
Ale ten to z kolei ma charakter… dość trudny.
- No to jest to o czym mówiłem wcześniej. Wie, że jest lepszy od większości, więc może sobie na więcej pozwolić, nawet na podrapanie po głowie środkowym palcem skierowanym w stronę kibiców.
Polecamy również: Jacek Wiśniewski szczerze o piłce - część 1, czyli popularny „Wiśnia” opowiada o swojej wieloletniej przygodzie z piłką, krajowej reprezentacji oraz specyfice Górnego Śląska.
- Komentarz może zostac usunięty, jeżeli zostanie stwierdzone
naruszenie przez niego Regulaminu.
- Komentarze nie mogą m.in.:
- zawierać informacji sprzecznych z prawem
- zawierać danych osobowych lub teleadresowych
- zawierać szkodliwej zawartości mogącej wpływać na
stabilność działania Serwisu
- Odpowiedzialność za swoje Komentarze ponosi każdy Użytkownik
Wybrany wątek nie został jeszcze skomentowany.
Reklama










