Grzegorz Baran: Już wieszają na nas psy!

- Presja na pewno jest, ale nie pompujemy balonu w szatni. Nie stawiamy sobie zbyt wygórowanych planów, bo wiemy, że może się to dla nas źle skończyć. Wciąż pamiętamy przecież, jaka była latem w Bełchatowie sytuacja. Odeszła połowa piłkarzy z pierwszego składu, a zespół był skazywany na pożarcie i spadek z ligi - mówi w rozmowie z serwisem zpierwszejpilki.pl Grzegorz Baran, piłkarz GKS-u Bełchatów.
Piotr Tomasik: Rundę wiosenną zaczęliście co najwyżej przeciętnie, a nawet słabo.
Grzegorz Baran: Nie da się ukryć, że na starcie nie zachwyciliśmy. Zwłaszcza w meczu z Polonią Bytom, gdzie zagraliśmy zdecydowanie poniżej oczekiwań. Z Jagiellonią wyglądało to już nieco lepiej, ale i tak nie możemy być z siebie zadowoleni.
Co konkretnie zawiodło w grze GKS-u Bełchatów?
- Ciężko wskazać jeden czy dwa czynniki. Zawiodło wszystko po trochu. Nie można nawet powiedzieć, że zawodzi skuteczność, bo nie stwarzamy sobie zbyt wielu sytuacji podbramkowych. Cieszy natomiast to, że nieźle wychodzi nam bronienie dostępu do własnej bramki. Dotychczasowy lider tabeli, Jagiellonia Białystok, nie potrafił strzelić nam gola.
Gołym okiem widać natomiast, że nie jesteśmy jeszcze w optymalnej formie. Przez dwa tygodnie trenowaliśmy na różnych nawierzchniach - naturalnej, podgrzewanej i sztucznej. Pod tym kątem zdecydowanie brakowało stabilizacji. Inne zespoły naszej ligi też pokazują, że to nie jest jeszcze najwyższa dyspozycja.
Możemy powiedzieć, że straciliście cztery punkty?
- Chyba tak, bo przecież tyle pozostało do zdobycia. Nastawialiśmy się jednak na to, że zgarniemy cztery „oczka”. Mamy tylko dwa. Musimy szybko wziąć się za odrabianie strat, bo wszyscy widzimy, co się dzieje w lidze. W tabeli jest już strasznie ciasno, właściwie każdy zespół o coś walczy. Kilka o mistrzostwo, kilka o europejskie puchary i pewne grono - o utrzymanie. Rozgrywki są coraz bardziej interesujące.
Przez słaby start w rundzie wiosennej czołówka wam odjechała.
- Wszystko przez to, że my fatalnie punktowaliśmy. Ale falstart zaliczyły też drużyny Jagiellonii i Korony Kielce. Po komplecie „oczek” zanotowały natomiast zespoły Wisły Kraków i Lecha Poznań. Jeszcze dwa tygodnie temu „Kolejorz” miał walczyć o utrzymanie, a dziś traci osiem punktów do lidera. Każdy mecz, jedno zwycięstwo czy porażka, może wiele zmienić. Myślę, że w ciągu dwóch, trzech tygodni wyjaśni się kto, o co będzie walczył.
Kilka dni temu sprawdziliście możliwości Jagiellonii. Po rundzie jesiennej uważano ten zespół za głównego kandydata do mistrzostwa Polski, ale pierwsze dwa słabe występy wiosną optymizm zmalał. Jak pan ocenia szanse podopiecznych Michała Probierza?
- Na pewno będą liczyć się w walce o mistrzostwo, ale nie upatruję w nich głównego faworyta. Sporo do powiedzenia będą miały zarówno Legia, jak i Wisła, choć ich plany może pokrzyżować Lech, który wiosną będzie solidnie punktował. Ktoś z tej trójki powinien wygrać ligę. Jagiellonia ma mocny zespół i wydawało się, że odejście Kamila Grosickiego nie będzie wielkim osłabieniem. Z dnia na dzień kluczowego zawodnika w składzie nie da się jednak zastąpić. Widzieliśmy, jak wyglądała jego współpraca z Tomkiem Frankowskim.
Gdzie w ligowej stawce stawia pan GKS Bełchatów?
- Chciałbym, abyśmy do samego końca byli blisko czołówki, mieli realne szanse na podium. Życzę tego samemu sobie, jak i naszym kibicom. Najważniejsze jest jednak to, abyśmy jak najszybciej zaczęli odrabiać straty. Liczę, że już w sobotnim spotkaniu z Ruchem Chorzów pokażemy futbol, na jaki naprawdę nas stać.
Czujecie na sobie presję ze strony prezesów klubu? Ci otwarcie mówią, że oczekują co najmniej czwartego miejsca, a realnym celem jest pierwsza trójka.
- Presja na pewno jest, ale nie pompujemy balonu w szatni. Nie stawiamy sobie zbyt wygórowanych planów, bo wiemy, że może się to dla nas źle skończyć. Wciąż pamiętamy przecież, jaka była latem w Bełchatowie sytuacja. Odeszła połowa piłkarzy z pierwszego składu, a zespół był skazywany na pożarcie i spadek z ligi. Choć jesienią byliśmy pozytywnym zaskoczeniem Ekstraklasy, to przecież solidnej drużyny nie buduje się w pięć miesięcy. Potrzeba na to znacznie więcej czasu. Dlatego też wstrzymajmy się jeszcze z jakimiś ocenami, bo po dwóch remisach niektórzy zaczęli wieszać na nas psy.
Nie uważa pan, że takie nazwiska, jak Sawala, Buzała, Mysiak to za mało, aby zająć miejsce na podium?
- Myślę, że przede wszystkim jest za wcześnie, aby oceniać ich przydatność do drużyny. Trzeba dać im czas, aby wkomponowali się do zespołu, bo dołączyli do nas dopiero na drugim zgrupowaniu. Niektórzy na odpowiednie zaaklimatyzowanie się potrzebują kilka tygodni, inni - kilka miesięcy. Ale myślę, że będziemy mieli z nich w klubie pożytek.
ROZMAWIAŁ PIOTR TOMASIK
- Komentarz może zostac usunięty, jeżeli zostanie stwierdzone
naruszenie przez niego Regulaminu.
- Komentarze nie mogą m.in.:
- zawierać informacji sprzecznych z prawem
- zawierać danych osobowych lub teleadresowych
- zawierać szkodliwej zawartości mogącej wpływać na
stabilność działania Serwisu
- Odpowiedzialność za swoje Komentarze ponosi każdy Użytkownik
Wybrany wątek nie został jeszcze skomentowany.
Reklama










