mapa serwisu
kontakt - z pierwszej piłki



sonda
Czy kibicom uda się zebrać 100 tysięcy podpisów pod projektem obywatelskiej ustawy?

Tak
Nie

Przemysław Żaba

« Wróc do listy wątków

Data dodania: 2011-06-06 09:22:54

W potyczce Adamiaków, Polacy górą


Wersja oficjalna, zatwierdzona przez PZPN:

Dzień 5 czerwca 2011 roku przejdzie w wielkiej chwale do historii polskiej piłki. Epokowe zwycięstwo nad potężną reprezentacją Argentyny odnieśli piłkarze Polski, co jest niebywałym sukcesem polskiej myśli szkoleniowej. Polska piłka powróciła w wielkim stylu do największych sukcesów z czasów Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka, stając się powoli dziesiątą potęgą futbolową świata. Wygrana 2:1 pozwala na postawienie znaku równości pomiędzy piłkarzami polskimi, a argentyńskimi, zaś każdy prowokator lub szaleniec, który ośmieli się podnieść rękę na polską myśl szkoleniową może być pewien, że PZPN mu tę rękę odrąbie.

Wersja prawdziwa (czyli jak było naprawdę).

Tak, tak, pokonaliśmy Adamiaków z Argentyny, co chyba nie jest niczym dziwnym dla kogoś, kto oglądał środowy mecz Argentyna - Nigeria. Oczywiście słowo Argentyna to za duże słowo, bo większość z tych reprezentantów nie liznęła wcześniej kadry Albi-Celestes, a nawet jeśli to juz miało miejsce, to było to tylko i wyłącznie lizanie czekolady przez szybę. Wynik poszedł w świat i chyba tylko Batista wie, co miał na myśli powołując takich a nie innych piłkarzy - bo jeśli w pierwszym składzie wychodzi Cabral, to znaczy, że mecz przeznaczony jest do przegrania.

Mecz był taki, jak wyglądają na ogół spotkania drużyn niezgranych, z takimi które już jakiś czas grają w bliżej ustalonym składzie. Gdyby np. Tottenham wystawił mocno rezerwowy skład przeciwko Lechowi Poznań, to pewnie skończyłoby się to podobnie. Na początku bowiem Aregentyna była kompletnie niewidoczna i tam gdzie znajdowało się w jednym miejscu - dajmy na to - pięciu Polaków, było dwóch lub trzech Argentyńczyków. Na początku meczu piłkarze w biało-niebieskich strojach sami nie wiedzili co mają robić. Z czasem zaczęli się rozkręcać, a biorać pod uwage, ze na ogól grają w dość dobrych europejskich klubach, zaczęli stwarzać coraz większe zagrożenie. Niestety, z czasem tempo meczu zaczęło kompletnie siadać i spotkanie nudziło tak, że im było bliżej końca, tym większa była ulga.

Polacy stworzyli sobie kilka sytuacji, tylko albo setki marnował Grosicki, albo Lewandowski gubił się z piłką. Pierwszą bramkę strzelił Adrian Mierzejewski i jeśli ktoś był zaskoczony łatwością, z jaką to zrobił to chyba nie obejrzał skrótu meczu Argentyny Z z Nigerią. Tam bramki padały podobnie, a że krył go tylko jeden piłkarz, który chwilę potem sobie odpuścił, to piłkarz Polonii warszawa zrobił to co miał zrobić. Ten gol jest w większym stopniu zasługa duetu obrońca/bramkarz, niż Mierzejewski.

Polacy mieli dzikiego farta, że nie stracili gola w 33. minucie, bo piłka była już na linii bramkowej i brakło centymetrów, żeby wpadła do siatki. Jednak gdy piętnasty garnitur Argentyny zaczął coraz śmielej i wyżej podchodzić, to zaraz zdołali wyrównać - w 47. minucie. 20 minut później strzelił Brożek i na tym skończyły się emocje w meczu, bo obie kabaretowe jedenastki uznały, że skoro nie da się grać w niedzielne, słoneczne popołudnie, to kibice też niech się zmęczą i pooglądają tę beznamiętną kopaninę.

Ponieważ niektórzy widzieli w tym spotkaniu mecz o głowę Smudy, to niestety, ale świętowanie trzeba przełożyć. Na razie triumfują zwolennicy i sam Smuda, którzy w ślad za T.LOVE mogą zaśpiewać "jest super, jest super, więc o co ci chodzi?". No właśnie, chodzi. Wygrywamy z kompletnie sztucznym tworem, który gdyby pograł jeszcze dwa mecze w tym samym skłądzie kręciłby nami na prawo i lewo. Momentami próbował to robić już w tym spotkaniu. W czwartek zagramy z rezerwami Francji, którzy mecz kompletnie oleją i wtedy Smuda będzie łaził w błogim przeświadczeniu o swojej zajebistości, aż do samego czerwca 2012.

Diego Maradona moze sobie więc oficjalnie strzelić sobie w krocze, bo to przecież on przed rokiem, wyśmiał drużynę Polski, jako średniaka, albo wręcz słabeusza. Zanim ktoś wyliczy, że ostatnio Argentynę pokonalismy w 1981 roku, to warto byłoby zauważyć, że ta dzisiejsza Argentyna Z jest od tamtej odległa mniej więcej o tyle, o ile U23 Stefana Majewskiego od kadry Kazimierza Górskiego. Choć trener Batista zarzekał się, że nie przywiózł do Polski turystów, to trudno powołanie dla Cabrala traktować w innych kategoriach, niż przewodnika po Warszawie (jak trafnie zauważył pewien bloger, Rafał Stec). Dzisiejszy mecz nic nie znaczy. Niemniej jednak, sporo osób będzie się na nim wozić jeszcze długo, długo.


Przemysław Żaba

Zapraszamy na: zabiaperspektywa.blox.pl.

 



Lista komentarzy
Dodaj komentarz
Skomentuj wątek

Nick *
Treśc komentarza *
* Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

 
Wyciąg z regulaminu:


- Komentarz może zostac usunięty, jeżeli zostanie stwierdzone
  naruszenie przez niego Regulaminu.
- Komentarze nie mogą m.in.:

- zawierać informacji sprzecznych z prawem
- zawierać danych osobowych lub teleadresowych
- zawierać szkodliwej zawartości mogącej wpływać na
  stabilność działania Serwisu

- Odpowiedzialność za swoje Komentarze ponosi każdy Użytkownik




Wybrany wątek nie został jeszcze skomentowany.

Reklama