Państwo Iniemamocni
Gdy śledziłem losy Łódzkiego Klubu Sportowego w Niecieczy w 60. minucie wstrzymałem oddech, a wypuściłem powietrze dopiero wczoraj o 20.22, po ostatnim gwizdku sędziego Chmiela w meczu ŁKS - Odra.
Marcin Mięciel nie musi się podobać, czasem sprawia wrażenie aroganckiego, a na boisku irytować mogą jego nie zawsze udane i nie zawsze potrzebne sztuczki techniczne. Nie da się jednak spekulować z faktami, które są następujące - Miętowy w lidze zdobył 9 bramek, a ŁKS bez niego prawdopodobnie byłby dużo niżej w tabeli. Jak każdy kibic ŁKS-u czekałem więc na mecz z Odrą jak na wyrok, a wynikiem niepewności był felieton pt. "Słaby punkt?"
Zawodnik z numerem 11 w łódzkiej drużynie nie posiada bowiem w kadrze godnego zmiennika, który byłby w stanie wziąć na siebie ciężar gry w podobny sposób jak Mięciel. Lokalna prasa niemal codziennie poddawała nowe pomysł trenerowi Pyrdołowi - przesunięci do przodu Smolińskiego, Koseckiego, sprawdzenie formy Kujawy, może szansa dla młodego Golańskiego... Czekałem aż ktoś znajdzie zaginione dokumenty w których opisane będą stare dzieje Bogusława Wyparło, gdy jeszcze grał w ataku podwórkowej drużyny i da propozycję by spróbować z nim w przodzie w meczu z Odrą. Pomijając już, że Brain Obem jest całkiem wysoki i czarnoskóry, więc może sprawdziłby się w ataku.
Trener Pyrdoł pewnie czytał i cicho uśmiechał się pod nosem, konstruując w głowie wizję spotkania ze spadkowiczem z ekstraklasy.
Początek meczu dobitnie pokazał jak bardzo brak nam Marcina Mięciela oraz ładnej pogody. Piłka ślizgała się, podobnie jak piłkarze na zmoczonej murawie, latając od jednej do drugiej bramki bez większego ładu i składu. Większość okazji została stworzona poprzez błędy przeciwnika, i tyczy się to obu drużyn. Schemat był podobny - próba gry kombinacyjnej w środku, niedokładne podanie bądź zbyt długie przytrzymanie piłki i szybki kontratak rywali kończący się niecelnym strzałem lub dośrodkowaniem. Jakby mało było ŁKS-owi problemów, Odra postawiła sobie za punkt honoru nie stracić gola i skrzętnie pilnowała, by taka sytuacja się nie wydarzyła, nawet kosztem zmniejszenia siły swojej ofensywy. W bój Pyrdoł posłal Kujawę, który ewidentnie nie radził sobie z rosłymi i doświadczonymi defensorami śląskiego zespołu. Łódzki Klub Sportowy nie oddawał strzałów, indywidualne dryblingi kończyły się fiaskiem.
Trener Pyrdoł zaś oglądał i cicho uśmiechał się pod nosem.
Oto bowiem w 41. minucie spotkania, dokładnie w momencie gdy na redakcyjnym laptopie zanotowałem, że Kosecki dziś jest wyjątkowo niewidoczny i bezradny, młody Kuba strzelił gola na 1:0. Jego dryblingi, które przypominały walenie głową w mur okazały się nie być młodzieńczą bezmyślnością, ale planem taktycznym na ten mecz - to na filigranowym skrzydłowym opierać się miała ofensywa ŁKS-u. Kosecki bramkę zdobył grając na swojej pozycji, tj. na prawej pomocy. W drugiej połowie zaś na hasło trenera Pyrdoła zamienił się z bezbarwnym Kujawą i stanął obok przypominających gigantów, przy niskim pomocniku, stoperów Odry. Kibice zachodzili w głowę, dlaczego robiący szum i wiatr na skrzydłach Kosecki teraz został wypuszczony samotnie na Radlera i Tanżynę.
Trener Pyrdoł zaś siedział spokojnie i już wiedział, że jest górą.
Odra odsłoniła się bowiem doszczętnie, akcje ofensywne konstruując chaotycznie, dużą ilością graczy i małą ilością pomyślunku. Straty narażały wodzisławian na zabójcze kontry, które przeprowadzał szybki Kosecki. Dwukrotnie wychodził jeden na jeden z obrońcą Odry i ten w ostatniej chwili ratował swój zespół od straty drugiego gola. W 88. minucie jednak się nie udało. Jakub wykorzystał swoją prędkość i podwyższył na 2:0. Marcin Mięciel znajdujący się na loży pokiwał z uznaniem głową, siedzący na trybunach były napastnik Osasuny i Atletico Madryt, a prywatnie ojciec Kuby, Roman Kosecki również. Trener Pyrdoł wstał i cieszył się wraz z innymi kolejnymi trzema punktami.
Mecz z Odrą pokazał dobitnie, że ełkaesiaków w tym sezonie awansu pozbawić może jedynie cud. Grając efektownie i miło dla oka zwyciężają, grając totalny "piach" zwyciężają, grając bez Kłusa, bez Mięciela, bez Adamskiego - zwyciężąją. W mojej opinii Miętowy był ostatnim ogniwem, które przerwane mogło rozsypać całą misterną układankę. Myliłem się i jestem z tej pomyłki euforycznie wręcz ucieszony. ŁKS zwycięża po raz siódmy z rzędu i zamiast być przyrównywanym do filmu "Słaby Punkt" powoli zaczyna pracować na utożsamianie z produkcją "Iniemamocni".
Pozdrawiam, Kuba
- Komentarz może zostac usunięty, jeżeli zostanie stwierdzone
naruszenie przez niego Regulaminu.
- Komentarze nie mogą m.in.:
- zawierać informacji sprzecznych z prawem
- zawierać danych osobowych lub teleadresowych
- zawierać szkodliwej zawartości mogącej wpływać na
stabilność działania Serwisu
- Odpowiedzialność za swoje Komentarze ponosi każdy Użytkownik
Wybrany wątek nie został jeszcze skomentowany.
Reklama










