mapa serwisu
kontakt - z pierwszej piłki



sonda
Czy kibicom uda się zebrać 100 tysięcy podpisów pod projektem obywatelskiej ustawy?

Tak
Nie

Kuba Olkiewicz

« Wróc do listy wątków

Data dodania: 2010-12-22 11:55:02

Nostalgia


Nostalgia za „starymi, dobrymi czasami” to stan tak naturalny i nierozłączny z człowieczeństwem, że aż trywialny i banalny. Zazwyczaj tęsknota i melancholia wynika ze zwyczajnego poczucia nieubłagalności mijającego czasu, który galopując bez pamięci pozostawia daleko w tyle wartościowe chwile – wraz z jego upływem zaś zapominamy to, co w danych momentach było złe. Najnowsza porcja mojego smęcenia dotyczy jednak – jak sądzę – wcale nie zwyczajnego narzekania za owymi „good, ol’days”, ale czegoś głębszego – zauważenia realnej zmiany na gorsze, zmiany, której już nie da się zahamować, ani tym bardziej zatrzymać.

Bezpośrednim przyczynkiem do napisania podobnego felietonu są wszędobylskie achy i ochy nad grą jednej z najpopularniejszych klubowych drużyn świata – Barcelony. Od razu wyjaśniam – doceniam piękną, efektowną grę Katalończyków, zastanawiam się jednak czy naprawdę są w stanie wprawić mnie w zachwyt, mnie, który miał okazję widzieć  na żywo Manchester z Ryanem Giggsem, czy Peterem Schmeichelem. Choć najbardziej z meczu zapamiętałem żywiołową reagującą Galerę i trybuny pełne fanatyków, których potem nazywałem braćmi po szalu, a boiskowi herosi mojego wczesnego dzieciństwa w meczu nie pokazywali pełni swoich możliwości – i tyczy się to zarówno zwycięzców tej edycji Ligi Mistrzów, jak i moich lokalnych bohaterów z Rafałem Niżnikiem i Tomkiem Kłosem na czele, byłem naprawdę zachwycony możliwością zobaczenia jak wygląda tak naprawdę futbol. Moim zamiarem nie jest wcale deprecjonowanie dokonań Dumy Katalonii – chciałbym jednak odnieść się do najnowszych opinii o doskonałości, o osiągnięciu najwyższego poziomu wtajemniczenia i mistrzostwa. Cóż, po pierwsze okaże się to w starciach z Arsenalem, abstrahując jednak od pustego prorokowania – czemu nie uważam, że Barcelona jest lepsza od innych wielkich drużyn w historii piłki nożnej? Przecież to modne, wszyscy tak uważają.

Otóż mój pierwszy i najpoważniejszy zarzut to nieludzkość i to ta najgorsza, wszechogarniająca i nie dająca przejść koło siebie obojętnie. Spójrzmy zresztą na idoli z dawnych lat – od z trudem czytających i nieszczególnie piszących gwiazd z brazylijskich favelli poprzez utalentowaną młodzież z angielskich dzielnic robotniczych, dla których jedyną alternatywą dla rozrób było życie piłkarza, aż po zdeterminowanych by wyrwać się z getta polskich szemranych dzielnic, jak choćby Sypniewski czy Kowalczyk. To są osobistości. To są bohaterowie. To są ludzie, z którymi chce się identyfikować ulica. Romantyczna historia „od zera do bohatera”, czasem dzięki szczęściu, czasem dzięki pracy, wreszcie dzięki zadziorności – „boso, ale w ostrogach”, jak zalecał Grzesiuk. Ktoś powie - a Messi był chory. No jasne i Barcelona zafundowała mu operację. Oczywiście, jest to na swój sposób piękne, jak on się odwdzięcza, lecz chłopaszek, który lata za piłką w IIc, nie mając na porządne buty i piłkę nie będzie swojej historii utożsamiał z problemami zdrowotnymi małego Leosia, tylko raczej z kombinowaniem jak przetrwać w miejskiej dżungli, które za sobą miał np. legendarny Leonidas. – Do każdej piłki biegnę tak, jakbym biegł po talerz z jedzeniem. – doskonale obrazuje to czym był dla niego futbol oraz to gdzie by był, gdyby nie ten sport. Gazza, Davids, Weah – ten rodzaj piłkarzy, których historie pokrzepiały tysiące serc jest już na wyginięciu. Coraz rzadziej do poważnej piłki dostają się wykolejeńcy – a najlepszym przykładem jest choćby kolebka takiego rodzaju piłkarzy Brazylia. Jeszcze kilka lat temu skład Brazylii równie dobrze można by wcisnąć na scenę jako muzyków rockowych i nikt prawdopodobnie nie zauważyłby mezaliansu. Robinho, Ronaldinho, prawdziwy Ronaldo – nie jego metroseksualny następca, Romario, Adriano – Brazylijczycy mieli coś, czego nie ma w świecie piłki już prawie nikt. Niewyobrażalny luz, dystans, wieczny uśmiech na twarzach oraz życiorys, który mógłby spokojnie posłużyć za scenariusz do ckliwej historii o wyrwaniu się z narkotykowego środowiska dzięki pasji i ambicji. Mimo to, niektóre drużyny wciąż mają swoich „bandytów”. Oczywiście w Barcelonie próżno takowych szukać. Podczas, gdy starzy idole boiskowe doświadczenie zbierali na podwórkach, ulicach i w brudnych bramach, bohaterowie Barcelony od najmłodszych lat profesjonalnie szkoleni byli przez grono fachowców. Gdy tamci jedli wtedy, gdy matce udało się wyżebrać wcześniejszą wypłatę, blaugrana od małego trzymani byli na diecie gwarantującej prawidłowy i optymalny rozwój. Wszystko to sprawia, że niezależnie od tego ile pieśni pochwalnych powstanie na temat wspaniałej Barcelony, ulicę dalej fascynować będzie Tevez, Ibrahimovic, nawet nasz Kuba Błaszczykowski.

Kolejny zarzut, nie tylko do Barcelony, ale do całego środowiska ekspertów piłkarskich. Gdy tworzono potęgę Chelsea wszyscy możliwi fachowcy – nadmienię, że większość z nich aktualnie zajmuje się w swoich artykułach głównie chwaleniem katalońskiej drużyny – zgodnie okrzyknęli, że to skandal i zabójstwo piłki nożnej. Oswojono się jednak z sytuacją, że jeden człowiek może kupić sobie praktycznie dowolne trofeum – jak wiadomo Abramowiczowi brakuje ciągle zwycięstwa w Lidze Mistrzów – i jedynie siłą pieniądza zbudować prawdziwego giganta. Temat powrócił szybciej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać – tym razem sprawcami zamieszania byli martwi prezydenci ociekający jeszcze benzyną, których przelewali ze swoich arabskich kieszeni szejkowie do studzienki bez dna jaką okazał się Manchester City. Tak czy owak – niezależnie od mojej opinii – czy drobną hipokryzją nie są grzmoty w kierunku angielskich gigantów zbudowanych na petrodolarach podczas gdy w Katalonii bezkarnie  rośnie sobie dług Barcelony, obecnie wynoszący niemal pół miliarda „ojro”. Czy nie należałoby – jeśli wcześniej wznosiliśmy alarm, że pieniądze to nie wszystko – teraz zaprotestować, że Barcelona wygrywa wszystko jak leci wyłącznie dzięki zaciągniętym na kreskę pieniążkom? Pójdę o krok dalej – jestem zobligowany dziennikarskim obowiązkiem obiektywizmu skrytykować taką sytuację, gdy Abramowicz za swoje własne fundusze buduje potęgę i zarzuca mu się konsumpcyjność, a Barceloną trwoniącą miliony euro hołubi się jako przykład i wzór dla reszty świata. Ktoś powie – ok, ale przecież ich ostoją są wychowankowie. Elementarne drogi Watsonie, lecz pamiętajmy, że pieniądz jest pieniądzem, niezależnie od tego czy wydany zostanie na wykupienie w pełni ukształtowanego piłkarza czy na skup całych hord utalentowanych zawodników, którzy dopiero w przyszłości staną się kluczowi, Biznes is biznes i szokujące dla mnie wydaje się relatywistyczne podejście polegające na stawianiu po dwóch stronach barykady „dobrej” Barcy i „złych” Chelsea, czy Citizens. Bądź co bądź schemat jest podobny – kompletowanie składu poprzez gigantyczny wkład finansowy. Krytykujemy, pisząc że piłka jest przez Abramowicza, czy szejków coraz bardziej skomercjalizowana, ale nie pamiętamy, że fundusze w swój klub pakują też nasi ukochani ulubieńcy z Barcelony. To w końcu jesteśmy against modern football czy nie jesteśmy?

Kibice to zresztą oddzielna historia. Barcelona w Hiszpanii dość długo dominowała, mając w szeregach swoich kibiców wielu fanatyków mocno zaangażowanych w życie klubu. Laporta wziął ich jednak za frak i zastąpił teatralną publicznością skupioną głównie na oklaskach po udanych zagraniach. Garstka fanatyków dopinguje swój klub wyłącznie na wyjazdach podkreślając tym samym swój przeciw wobec twardej polityki klubu wobec ich dość radykalnych poglądów, szczególnie jeśli chodzi o autonomię Katalonii. Nie muszę chyba już też wspominać o ostatnim wybryku jakim było sprzedanie miejsca na koszulkach. Barcelona przekroczyła tym samym cieniutką linię i z drużyny zaprzeczającej nowoczesnej piłce, jaką kochałem patrząc na wyczyny Ronaldinho całkowicie przeobraziła się w finansową machinę z armią robotów wyhodowanych w ośrodku szkoleniowym Barcy. Jasne, większość z nich w Barcie była od dawna, teraz jednak grają główne role.

Na koniec jeszcze drobna refleksja - wstrzymajmy się póki co z okrzykami o najlepszej drużynie w historii. Póki co ten skład jeszcze ma sporo do zrobienia, by dorównać osiągnięciom Ajaxu ’71, Bayernu ’74, czy przede wszystkim Realu ’56.



Lista komentarzy
Dodaj komentarz
Skomentuj wątek

Nick *
Treśc komentarza *
* Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

 
Wyciąg z regulaminu:


- Komentarz może zostac usunięty, jeżeli zostanie stwierdzone
  naruszenie przez niego Regulaminu.
- Komentarze nie mogą m.in.:

- zawierać informacji sprzecznych z prawem
- zawierać danych osobowych lub teleadresowych
- zawierać szkodliwej zawartości mogącej wpływać na
  stabilność działania Serwisu

- Odpowiedzialność za swoje Komentarze ponosi każdy Użytkownik




Wybrany wątek nie został jeszcze skomentowany.

Reklama