Bloody Hell
Sir Alex Ferguson w szale radości po zwycięstwie w Lidze Mistrzów nieco ponad dekadę temu zdołał jedynie wysapać – „Football. Football. Bloody hell.” Jego słowa idealnie oddają zapewne uczucia jakie targały wszystkimi osobami śledzącymi dwa spośród sobotnich meczy – FC Koeln – Bayern oraz Arsenal – Newcastle. Zarówno zwycięzcy, jak i pokonani zgodzą się, że tych spotkań w inteligentny sposób opisać się nie da, a na usta ciśnie się tylko właśnie legendarne – jasna cholera. To niemożliwe.

Fot.: topnews.in
Zacznijmy od sytuacji angielskiej. 45. sekunda meczu Newcastle - Arsenal, Arshavin obsługuje prostopadłym podaniem Theo Walcotta, który nie zwykł marnować podobnych sytuacji. Dwie minuty później Rosjanin po raz kolejny popisał się asystą, tym razem przy golu Johana Djourou. Sroki w biało-czarnych pasiastych koszulkach nie wyglądały na ptaki pragnące tego dnia latać w chmurach. Szczerze powiedziawszy zdecydowanie bliżej było im do nielotów, pokracznych pingwinów, bo przecież barwy się zgadzają. Kanonierzy tymczasem wytaczali swoje najcięższe działa. W 10. minucie, gdy mniej punktualni kibice właśnie zasiadali w fotelach z pilotem w ręku, van Persie zdobywał właśnie trzeciego gola, udowadniając tym samym fanatykom z Londynu, iż krytyka jaką wylano w ostatnich dniach na Wengera nie była do końca uzasadniona. Ciekawe co też siedziało w głowach piłkarzy Arsenalu, gdy Latający Holender podwyższył na 4:0. „Ile im jeszcze wciśniemy? Co by tu odwalić? Może konkurs „rybek” z Fabregasem? Tu „tunel”, tam „tunel”. O, a teraz górą… Ole... A co na kolację?” Ta ostatnia myśl, pewnie kołatała się głównie po łepetynce Szczęsnego, który to stał bardziej samotny niźli palec drwala w bramce, mogąc swoje umiejętności zaprezentować jedynie raz przez całą połowę gry. Arsenal tymczasem jego vis a vis sprawdzał aż dziewięciokrotnie. Wnikliwi obserwatorzy ze strony Eurosportu stwierdzili, że na trybunach opustoszało, sam zaś podejrzewam, że zawinąć się do domu mógł nawet Wenger. ;)
Druga połowa zaczęła się niewinnie – klepanko Kanonierów, jakieś wątłe próby Newcastle, czas sobie płynie, wszystko w jak najlepszym porządku. Istniały spore szanse, że skończy się 5:1, może 5:2. Tymczasem Joey Barton miał zgoła inne plany na ten mecz. W zupełnie niegroźnej sytuacji postanowił bowiem sprawdzić wytrzymałość kości Diaby’ego. Czarnoskóry gracz jak widać poziom wapnia w organizmie ma na odpowiednim poziomie, przekroczony został jednak próg jego cierpliwości. Bez zastanowienia sprowadził Bartona do ziemi (co samo w sobie było całkiem odważne, biorąc pod uwagę, że Barton siedział w więzieniu za bójki, w jednej z nich wybijając jednemu z przeciwników zęby, drugiemu zaś zadając ponad dwadzieścia ciosów), tym razem jednak arbiter nie pozwolił na drugą rundę i usunął z boiska krewkiego gracza prowadzącej drużyny. Sroki poczuły pismo nosem i ruszyły do ataku, tym bardziej, że sędzia chyba nieszczególnie lubił Arsenal. Rzut karny dla Newcastle, Barton i gol. Leon Best – mamy 2:4. 83. minuta i drugie wapno. 3:4. Joey Barton odkupił chyba po części swoje bluzgi kierowane w stronę fanów Newcastle kilka lat wstecz, tym bardziej, że tuż przed końcem spotkania Święty Jakub, patron stadionu drużyny w biało-czarnych trykotach po raz kolejny postanowił wspomóc swoich podopiecznych. Piękny wolej z dystansu i bach. Cztery do czterech. Przewaga czterech goli roztrwoniona w mniej niż pół godziny. Burton, kryminalista, skandalista, cham i chuligan, jak określają go bulwarowe media trafia dwa rzuty karne, wcześniej doprowadzając do wyrzucenia z boiska gracza Arsenalu. – Football. Bloody hell. – pomyślał zdruzgotany Wenger. – Football. Bloody hell. – wykrzyknął rozentuzjazmowany Alan Pardew.
Ten sam dzień, w Kolonii miejscowy FC Koeln podejmuje faworyzowany Bayern Monachium. Mecz zapowiadany jako wielki pojedynek skrzydłowych – Ribery’ego i Peszki… No dobrze, żartuję. Spotkanie było zapowiadane jako pojedynek Dawida z Goliatem. Istotnie Bayern nie jest aż tak wielki jak Goliat, brakuje mu punktów nawet, by doścignąć podium, a z drugiej strony Koeln radzi sobie średnio, ale potrafiło na przykład pokonać pewnie Werder, nikt jednak nie spodziewał się, że i tym razem pokusi się o niespodziankę, tym bardziej, że w ostatnim meczu nastąpiła katastrofalna wpadka z St. Pauli. Peszko, Matuszczyk i niedoceniony w Monachium Podolski kontra jego byli koledzy, gwiazdy reprezentacji Niemiec – Lahm, Schweinsteiger, Thomas Muller… Od początku przeważającą stroną byli gospodarze, przed meczem stawiani w roli outsiderów. Bayern nie mógł sobie poradzić w czysty sposób z graczami ofensywy Koeln i o włos, a straciłby Badstubera. Ostatecznie obrońca został ukarany jedynie żółtą kartką, a monachijczycy rozochocili się na tyle, że strzelili gola. Mario Gomez i Hamit Altintop sprawili wspólnie, że sensacja stała się bardzo mało prawdopodobna. 0:2 do przerwy i widoki raczej na powiększenie przewagi gości, aniżeli wyrównanie – w szatni jednak musiało się stać coś dziwnego, by nie powiedzieć – mistycznego. Po 10 minutach huraganowych ataków słabeusz z Kolonii, ów Dawid z pierwszych zdań akapitu strzelił pierwszą bramkę, siedem minut później – drugą. Asystował Peszko, zresztą niezwykle aktywny, gasł z minuty na minutę Ribery…Trzecia bramka, Bayern na łopatkach, przewaga Borussi coraz większa, mina van Gaala coraz gorsza. Co myślał? Bloody hell, nie wiem.
Kuba Olkiewicz
- Komentarz może zostac usunięty, jeżeli zostanie stwierdzone
naruszenie przez niego Regulaminu.
- Komentarze nie mogą m.in.:
- zawierać informacji sprzecznych z prawem
- zawierać danych osobowych lub teleadresowych
- zawierać szkodliwej zawartości mogącej wpływać na
stabilność działania Serwisu
- Odpowiedzialność za swoje Komentarze ponosi każdy Użytkownik
Wybrany wątek nie został jeszcze skomentowany.
Reklama










