Historia małego Franka
Pewnego pięknego dnia mały Franek został trenerem reprezentacji polski. Franek już wtedy był doświadczonym szkoleniowcem. Prowadził m.in. Widzew Łódź, Wisłę Kraków, Legię Warszawa, Lech Poznań oraz Zagłębie Lubin i to z niemałym sukcesami. W klubie z Łodzi udało mu się pracować w jego najlepszych latach (dostał się do Ligi Mistrzów). Z Wisłą walczył jak równy z równym przeciwko Barcelonie. Z Lechem wyszedł z fazy grupowej Pucharu UEFA. Podsumowując zdobył 3 razy Mistrzostwo Polski i raz Puchar Polski. Patrząc na suche statystyki można pomyśleć, że mamy do czynienia z naprawdę dobrym trenerem, który ma nawet pewne doświadczenie zagraniczne (co w Polsce jest cenione ponad miarę).
Jednakże małemu Frankowi stało się pewnego dnia coś dziwnego. Wszystko zaczęło się od wspomnianego już pięknego dnia. Było to dokładnie 29 października 2009 r. Przyjmując posadę selekcjonera reprezentacji, mały Franek zastał straszny bałagan. Nawet gorszy niż w stajni Augiasza. Zadaniu pt. „silna kadra” nie podołał nawet Leo Beenhakker, a co dopiero nasz Franek. Drużyna była zupełnie rozbita po rządach kompletnie niekompetentnego Stefana Majewskiego, nie wiadomo dlaczego nazywanego „Doktorem”. Mimo to Franek zakasał rękawy i ostro zabrał się do pracy.
Pierwsze co postanowił było to, że odmłodzi kadrę. Przestał powoływać takich zawodników jak Artur Boruc, Michał Żewłakow, Ireneusz Jeleń. Najważniejsi byli Kamil Glik, Maciej Sadlok, Artur Sobiech, Maciej Rybus (o którym trener powiedział, że będzie go powoływał nawet, jeżeli nie będzie miał formy). Z czasem musiał uznać, że polski młody ligowiec to jakość raczej podobna do towarów z Biedronki niż z butików Gucci’ego. Boruc, Jeleń i Żewłakow wrócili do łask.
Kiedy już wszyscy myśleli, że idzie ku lepszemu przyszedł mecz z późniejszymi Mistrzami Świata, czyli z Hiszpanią. Polacy ponieśli sromotną klęskę 6:0. Kiedy dla wszystkich był to zimny prysznic, mały Franek uważał, że to tylko wypadek przy pracy i, że przecież to są najlepsi piłkarze globu i mogą wygrywać w takich rozmiarach ze słabeuszami z peryferiów Europy, mieniącymi się przedmurzem chrześcijaństwa, Chrystusem narodów.
Po meczu z Kamerunem wszyscy stracili wszelką nadzieję, że z tego coś wyjdzie. Ponadto straciliśmy także wiarę w tzw. „polską myśl szkoleniową”. Mały Franek skapitulował zupełnie, praktycznie zrezygnował z polskich ligowców i sięgnął po Polaków z zagranicy, także tych, którzy tam się urodzili. Chodzi przede wszystkim o Sebastiana Boenischa, Adama Matuszczyka, Ludovica Obraniaka, Euzebiusza Smolarka. Nie wiadomo czy się z tego cieszyć, że Polska w meczu z Ukrainą pokazała się naprawdę dobrej strony, chociaż znowu nie wygrała, czy może ubolewać. Przecież w składzie było już aż 4 piłkarzy wyszkolonych za granicą, a na horyzoncie pojawiali się kolejni. Aż strach myśleć co będzie w przyszłości. Mimo porażki z Austalią mały Franek cieszył się jak dziecko z tego, że w końcu ma kogo postawić na bokach obrony. Coż z tego, że ma tylko dwóch takich piłkarzy i nie będzie miał kogo wystawić w ich zastępstwie.
Cieszyć się nie mógł długo, bo Boenisch niedługo potem złapał groźną kontuzję, która wyeliminowała go z gry na cztery lub sześć miesięcy. Poza tym zdarzyło się coś jeszcze gorszego. Choć jak na egzotykę kraju nad Wisłą zupełnie normalnego, to na Zachodzie zupełnie nie do pomyślenia. Bohaterami tego dramatu byli Maciej Iwański i Sławomir Peszko. Obaj urządzili sobie małą popijawę po meczu z Australią. Franek wściekł się tak, że aż zrobił się cały czerwony i z tego wszystkiego powiedział, że obu delikwentów do kadry nigdy nie powoła. Peszko tym postępowaniem był bardzo zdziwiony. Przecież praca piłkarza jest tak stresująca, że co jakiś czas trzeba sobie odreagować, a poza tym w moim przekonaniu zgrupowanie zakończyło się kolacją po meczu – stwierdził zawodnik Lecha. Zatem hulaj dusza piekła nie ma.
Kolejne dwa mecze to wciąż niemoc polskiej reprezentacji. Polscy piłkarze nie wygrali od 8 meczów. A żeby tego było mało afera alkoholowo-samolotowo-gorzałkowa znalazła swój ciąg dalszy. W samolocie z USA do Polski Boruc i Żewłakow postanowili polskim zwyczajem trochę sobie chlapnąć. Franek znowu się zdenerwował i stwierdził, że tym panom dziękuje. Czy w tym postanowieniu utrzyma się długo i będzie konsekwentny, czas pokaże. Póki co selekcjoner ugiął się pod ogromną presją Sławka Peszki i już mu wybaczył. Kara odniosła skutek, zabolało. Ale swoją drogą może nawet lepiej, że nie poleciałem z kadrą do USA? Po tej całej aferze trudno by mi było od razu normalnie funkcjonować – powiedział upokorzony Peszko.
A wracając do sprawy samolotowej, Boruc wykazał się niebywałą odwagą, mówiąc Frankowi, że normalnie za takie teksty dostaje się w pysk. Szkoleniowiec rządzi kadrą żelazną ręką, jak widać. Wiele mówi jego ostatnia wypowiedź na temat tych wydarzeń. Kadra to poważna sprawa, a nie cyrk – powiedział Dyzma, przepraszam Smuda.
Najbliższy mecz polski już 17 listopada z Wybrzeżem Kości Słoniowej.
- Komentarz może zostac usunięty, jeżeli zostanie stwierdzone
naruszenie przez niego Regulaminu.
- Komentarze nie mogą m.in.:
- zawierać informacji sprzecznych z prawem
- zawierać danych osobowych lub teleadresowych
- zawierać szkodliwej zawartości mogącej wpływać na
stabilność działania Serwisu
- Odpowiedzialność za swoje Komentarze ponosi każdy Użytkownik
Wybrany wątek nie został jeszcze skomentowany.
Reklama










