mapa serwisu
kontakt - z pierwszej piłki



sonda
Czy kibicom uda się zebrać 100 tysięcy podpisów pod projektem obywatelskiej ustawy?

Tak
Nie

Aktualności

« Powrót do strony głównej

Data dodania: 2012-01-04 23:32:59
Autor: Wojciech Piela

Co dalej z Andym Carrollem?

Po ostatnim przegranym meczu z Manchesterem City(0:3) wśród kibiców Liverpoolu wzrasta frustracja spowodowana zarówno postawą niektórych zawodników jak i pracą menedżera Kennego Dalglisha. Wśród najmocniej krytykowanych zawodników jest sprowadzony w styczniu 2011 roku za 35 mln funtów(najdrożsży brytyjski piłkarz w historii) Andy Carroll, który w spotkaniu z City no mówiąc kulturalnie nie zachwycił. Co teraz z młodym angielskim snajperem, kiedy w końcu nadejdzie przełamanie formy?

Jesień sezonu 2010/11 była dla Andy'ego Carrolla bardzo dobra. Młody snajper Newcastle w 19 występach strzelił aż 11 goli i zaczęły się nim interesować największe kluby Anglii. Gdy odrazu otworzyło się styczniowe transferowe okienko szczerze mówiąc mało kto wierzył, że napastnik takiej klasy za jakiego uważanego wtedy Carrolla trafi do pogrążonego w kryzysie, pałętającego się w drugiej części tabeli Liverpoolu, którego dopiero powolutku z kryzysu zaczynał wydobywać Kenny Dalglish. Mówiło się raczej o takich firmach jak Chelsea, Manchester United czy Manchester City. Jednak dni mijały i mijały a Carroll wciąż przywdziewał barwy Srok, a to głównie dlatego, że właściciel klubu z St.James Park Mike Ashley wywindował cenę do kosmicznych rozmiarów, bo za taką trzeba było uznać 40 milionów funtów. OK, Carroll pokazał się z dobrej strony, ale płacić tyle za człowieka, który tak naprawdę miał za sobą dopiero pół sezonu gry na wysokim poziomie? Jak się jednak okazało 5 milionów mniej zapłacił za Anglika właśnie zdesperowany Liverpool, który na gwałt szukał kogokolwiek do kupienia po odejściu Fernando Torresa, a miał do rozdysponowania niezłą sumkę 50 milionów, więc lwią część wydał właśnie na wychowanka Newcastle. Carroll miał wraz ze sprowadzonym w tym czasie z Ajaxu Amsterdam Luisem Suarezem stworzyć atak marzeń, który jeśli jeszcze nie wiosną 2011 roku, to już w sezonie 2011/12 podbije Premier League. To udało się tylko po części, gdyż Suarez wyrósł na nową gwiazdę nie tylko The Reds, ale i całej ligi natomiast Carroll właściwie od początku gry na Anfield zawodzi, i to mocno. Wiosną sezonu 2010/11 strzelił dla Liverpoolu 2 bramki w 7 spotkaniach. Oba gole strzelił w jego jedynym jak dotąd wielkim spotkaniu w koszulce z Liverbirdem na piersi czyli meczu z Manchesterem City wygranym przez podopiecznych Dalglisha 3:0. Któż by pomyślał, że po 16 meczach sezonu 2011/12 będzie miał na koncie tyle samo goli co strzelił dla The Reds w sezonie 10/11 czyli dwa? Ciekawą sprawą jest też to, że totalny obraz nędzy i rozpaczy Carrolla mogliśmy zobaczyć we wtorek właśnie w starciu z The Citizens, z którymi wiosną zagrał kapitalne spotkanie i wzbudził nadzieje na to, że wydane na niego 35 milionów funtów będą dobrą inwestycją. Nadal mogą być, gdyż Anglik ma dopiero 21 lat, więc można uznać, że ma jeszcze czas aby spłacić te miliony, które za niego zapłacono, ale w takim klubie jak Liverpool nie można czekać aż tak długo, gdy płaci się za piłkarza taką sumę. Chociaż akurat tutaj winy na Carrolla bym nie zrzucał, bo przecież on nie jest temu winny, że zapłacono za niego tyle ile zapłacono, no ale mimo wszystko zaufanie jakim obdarzył go Kenny Dalglish jest bardzo duże i Anglik jako wysunięty napastnik, dobrze grający głową powinien mieć na koncie więcej goli zdobytych chociażby po rzutach rożnych czy wolnych. Nadzieją dla kibiców The Reds i Dalglisha jest powrót na boisko Stevena Gerrarda, który już w meczu z Newcastle po wejściu na boisko obsłużył Carrolla kilkoma znakomitymi podaniami i niewiele brakowało aby Anglik jedno z nich wykończył trafieniem, jednak piłka po jego uderzeniu głową zatrzymała się na poprzeczce. Trzeba jednak, przyznać że zaufanie kibiców wobec wychowanka Newcastle powiedzmy od wiosennego meczu z Manchesterem City do wtorkowego starcia The Citizens ze stu procent stopniowo malało. Były oczywiście momenty wzrostu jak w przedsezonowych przygotowaniach, gdy liczono, że były piłkarz Preston odnajdzie formę czy kiedy strzelał bramkę w derbowym starciu z Evertonem, ale powiedzmy, że to zaufanie ze stu procent zmalało teraz do około dwudziestu - trzydziestu.

 
  • carroll.jpg

    Andy Carroll we wtorkowym starciu z Manchesterem City był bezradny

 

Mecz z Manchesterem City strasznie obnażył jednak nie tylko jego słabości jak chociażby ciągłe przegrywanie pojedynków główkowych z Vincentem Kompanym czy nawet Gaelem Clichym, ale przede wszystkim całego Liverpoolu, który przez całe spotkanie grał bardzo monotonnie czyli wymiana wielu podań w środku pola(posiadanie piłki 64% - 36% dla Liverpoolu!) i wrzucaniu miękkich piłek przez pozbawionych kompletnie polotu skrzydłowych Downinga, Hendersona czy Adama właśnie na Carrolla, który w powietrznych starciach kompletnie sobie nie radził. Ale trudno się temu dziwić, skoro obrońcy drużyny Roberto Manciniego w ciemno mogli obstawiać, że w którymś momencie akcji piłka zostanie wrzucona w pole karne i wystarczy będzie tylko się odpowiednio ustawić. Dopiero po wejściu na boisko Craiga Bellamy'ego i Stevena Gerrarda(strzelcy bramek z Newcastle, 4 dni później siadają na ławie... dla mnie trochę dziwne, panie Dalglish) drużyna zaczęła grać lepiej, a szczególnie Walijczyk kilkoma swoimi rajdami szarpnął na lewym skrzydle i sprawił obrońcom City z pewnością więcej problemów niż zmieniony przez niego Dirk Kuyt. Skuteczna gra The Citizens w ataku doprowadziła do utraty trzech bramek, a mecz ustawiła bramka strzelona już w 9 minucie przez Aguero po ewidentnym błędzie Pepe Reiny. Bramkarzowi tej klasy takie wpadki zdarzać się nie powinny, ale ja bym Hiszpana rozgrzeszył, bo przecież nikt nie jest bezbłędny, a przypomnijmy sobie w ilu meczach musiał ratować Liverpoolczykom skórę.

Na zakończenie chciałbym jeszcze powiedzieć, że Liverpool musi w styczniu ściągnąć jakiegoś napastnika. Nie, nie dlatego, że przestałem kompletnie wierzyć w Carrolla, bo nadal jakieś tam jeszcze resztki wiary posiadam, ale dlatego, że dwóch klasowych napastników w kadrze takiego klubu jak The Reds to poprostu za mało. Gdy jeden z nich wypada z gry tak jak teraz Suarez(nie zagra przez 8 meczów) poprostu Dalglish nie ma wyjścia i musi wystawiać Anglika. Teoretycznie na tej pozycji mogliby też grać Bellamy i Kuyt, ale według mnie Ci gracze lepiej radzą sobie na skrzydle, choć w meczu z Newcastle Walijczyk zagrał cofniętego napastnika i spisał się znakomicie, więc kto wie? Jeśli chodzi o kandydatów na nowego napastnika The Reds najbardziej chyba odpowiadają mi Darren Bent i Lukas Podolski. Obaj są silni, w miarę szybcy i co najważniejsze skuteczni. Co jednak wydarzy się w styczniu w klubie z Anfield tego nie wie chyba na razie nawet sam Kenny Dalglish. Już niedługo nadarzy się natomiast okazja do rewanżu dla Liverpoolu, gdyż już 11 stycznia pierwszy mecz półfinału Pucharu Ligi na Etihad Stadium właśnie z Manchesterem City.

 
  • reina.jpg

    Pepe Reina nie będzie dobrze wspominał meczu z Manchesterem City.

  • dalglish.jpg

    Kenny Dalglish musi poważnie zastanowić się, co zmienić w grze swojego zespołu

Źródło: własne





Lista komentarzy
Dodaj komentarz
Skomentuj aktualność

Nick *
Treśc komentarza *
* Pola oznaczone gwiazdką są wymagane

 
Wyciąg z regulaminu:


- Komentarz może zostac usunięty, jeżeli zostanie stwierdzone
  naruszenie przez niego Regulaminu.
- Komentarze nie mogą m.in.:

- zawierać informacji sprzecznych z prawem
- zawierać danych osobowych lub teleadresowych
- zawierać szkodliwej zawartości mogącej wpływać na
  stabilność działania Serwisu

- Odpowiedzialność za swoje Komentarze ponosi każdy Użytkownik




Wybrany artykuł nie został jeszcze skomentowany.


Reklama